reklama  
 
  play  
Niedziela, 27 Maja w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI : Joe Bonamassa - British Blues Explosion Live (2018)



NOWOŚCI : Chick Corea - [2018] - Chinese Butterfly



NOWOŚCI : Beth Hart & Joe Bonamassy - [2018] - Black Coffee



NOWOŚCI : Martyna Jakubowicz - Zwykły Włóczęga (2018)



Bluesdelta
  Aktualnie: "Alan Lomax - Alan Lomax: Blues Songbook - The Army Blues - David `Honeyboy` Edwards"
jazz
  Aktualnie: "Jean-Luc Ponty - Live at Semper Opera - Caracas"
standard
  Aktualnie: "Buddy Guy - Bring Em In - I`ve Got Dreams To Remember (With John Mayer)"
soul
  Aktualnie: "Ray Charles - Genius Loves Company - Heaven Help Us All (Feat. Gladys Knight)"
bluesrock
  Aktualnie: "Aerosmith - Unplugged 1990 (Live) - Train Kept A-Rollin` (Slow Ver"
polskiblues
  Aktualnie: "Around The Blues - Future Memories - What you`re gonna do"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [2901747]  Wizyt łącznie
 [2281]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [272]  Zarejestrowanych użytkowników
 [0]  Zalogowanych

 [899]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [21]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  artykuły  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
BLUES BOY. THE LIVE OF B.B.KING cz.2  
Autor: administrator, 2015-05-15 10:55:25
BLUES BOY. THE LIVE OF B.B.KING cz.2

Indianola. Narodziny King Biscuit Time.

Choć blues odgrywał niemałą rolę w życiu dorastającego B.B. Kinga, to przede wszystkim muzyka gospel stymulowała jego muzyczne poszukiwania. Zdecydowana większość afroamerykańskich muzyków odkrywała w sobie fascynację muzyką właśnie w kościele. Rodzina Kinga nie była wyjątkiem: zarówno matka, jak i babka były gorliwymi chrześcijankami, a sam Riley umacniał się w wierze w kościele baptystów w Elkwood, lub częściej w Przenajświętszym Kościele jego dalekiego krewnego, wielebnego Archiego Faira.

Nauki Faira czerpały z tradycji zielonoświątkowców, a sam wielebny był w oczach swojej trzódki świętym mężem. Podczas gdy baptyści odnosili się generalnie z większą rezerwą do chrześcijańskich praktyk, Zielonoświątkowcy słynęli z pełnego religijnych uniesień obrządku, który przeciągał się nieraz do trzech, albo nawet czterech godzin. Kaznodzieje przemawiali do wiernych długo i z uczuciem, pragnąc by każda z ich owieczek dostąpiła łaski zjednoczenia w Duchu Świętym. Muzyka instrumentalna odgrywała centralną rolę w liturgii. Towarzyszył jej również śpiew i taniec, a pastor i wierni prowadzili na pół śpiewane, na pół mówione dialogi. Najgorliwsi spośród wiernych, natchnieni przez Ducha Świętego doznawali objawień i wpadali w trans. Jedni mdleli, inni zaczynali przemawiać wieloma językami.

Dorosłym rzucać się musiała w oczy nadzwyczaj zmysłowa natura owych przejawów ekstazy. Dzieciom magia tych chwil na zawsze zapisywała się w pamięci, niezmiennie połączona we wspomnieniach z muzyką, która im towarzyszyła. Riley był ogromnie czuły na owe manifestacje boskiej obecności. Te właśnie aspekty religii, bardzie od kościelnej doktryny, pozostać mu miały szczególnie bliskie w dorosłym życiu. Bardzo często po mszy wielebny Fair zachodził do domu Williama Pulliana, swego szwagra i brata Nory Ellis. Fair grał na elektrycznej gitarze Silverstone, najprawdopodobniej w ekspresyjnym, głęboko emocjonalnym stylu, popularyzowanym w owych czasach przez wielebnego Utah Smitha. Kiedy dorośli jedli, Riley’owi wolno było chwilę pograć na gitarze Faira. „Pierwszym gitarzystą elektrycznym, jakiego słyszałem na żywo był przewielebny Archie Fair ze wzgórz Mississippi... Kiedy dorośli udawali się do kuchni na obiad (dzieciaki dostawały jeść później, jeśli miały szczęście), Fair odkładał swoją gitarę na łóżko, a ja wślizgiwałem się do pokoju i ukradkiem na nie grałem. Pewnego razu pastor przyłapał mnie na tym i był łaskaw pokazać mi kilka akordów – C, F i G. Nawet dziś wciąż mi one towarzyszą, stosuję też progresję I-IV-V w wielu moich utworach”.

Przez wiele lat Riley marzył o własnej gitarze - życzenie nie do spełnienia dla dziecka z tak ubogiej jak jego rodziny. Kiedy brakło instrumentu, pozostawał jeszcze głos. Niedzielne nabożeństwa w kościele wielebnego Faira uświadomiły Riley’owi, że potrafi śpiewać, a kościół wyposażył go w cały arsenał pieśni. W tamtych czasach zdecydowanie świeckie nagrania, takie jak płyty Lonnie Johnsona, czy Blind Lemona Jeffersona, można było znaleźć tu i ówdzie w domach ludzi z pokolenia jego ciotki, ale nabożne rodziny, takie jak Kingowie wolały kupować płyty grup wokalnych, takich jak Golden Gate Quartet, czy Southernaires. Razem z kuzynem o imieniu Birlett Davis i dwoma kolegami z klasy, Walterem Dorisem Jr. i Dubois Hunem, Riley założył swoją pierwszą grupę gospel, Elkhorn Jubilee Singers, inspirując się aranżacjami jego ulubionych chórów.

Do czternastego roku życia King oddawał się trzech zajęciom – nauce w szkole, pracy w polu i śpiewowi. Ale 15 stycznia 1940 roku jego babka zmarła, prawdopodobnie na gruźlicę, a Riley stracił jedyną bliską mu osobę, która mogła mu wynagrodzić odejście matki. Początkowo rodzina Hendersonów zamierzała pozwolić mu uprawiać dalej ziemię Elnory Farr, ale następnej jesieni, po zbiorach, ojciec Riley’a przybył do Kilmichael, by zabrać syna do siebie. Kiedy matka Riley’a go porzuciła, mieszkał początkowo w Mississippi, ale później ożenił się powtórnie i mieszkał teraz ze swoją nową rodziną w Lexington, sporym mieście w pagórkowatej okolicy na skraju Delty, kilka mil od Highway 51, sławnej drogi łączącej Południe z Illinois.

Po kilku miesiącach spędzonych w Lexington, King postanowił wrócić w rodzinne strony. Czuł się obco w nowych stronach, choć polubił macochę, trzy siostry i małego brata. Pozostawił w Mississippi zbyt wiele drogich wspomnień i bliskich przyjaciół. Sześćdziesiąt mil dzielących Lexington od Kilmichael pokonał na rowerze. Udał się wprost do Hendersonów, którzy powierzyli go opiece ich wuja Flake\a Cartledge’a. I tak w kilka zaledwie dni, Riley nie tylko odzyskał swoją grupę gospel i szkolnych przyjaciół, ale także zdobył przybraną rodzinę. O ile Luther Henson pozostał w pamięci Riley’a wzorcem intelektu, to Flake Cartledge ucieleśniać miał sprawiedliwość i hojność, a może i zastępować chłopcu ojca. We wspomnieniach Kinga Cartledge maluje się jako człowiek głęboko religijny, który szczerze wierzył w równość wszystkich ludzi, bez względu na rasę. Był to chlubny wyjątek w Mississippi lat 40-tych, gdzie choć w teorii wszyscy rodzili się wolni i równi wobec prawa, rzeczywistość temu zaprzeczała.

Po szkole Riley pracował na farmie Cartledge’ów. Dni pracy były długie, ale życie toczyło się tam tak sielsko i spokojnie, że King do dziś tęskni za tymi odległymi latami. By dotrzeć na lekcje, Riley pokonywał każdego ranka i wieczora ponad pięć mil, a przecież jego obowiązki nie ograniczały się do nauki. Co dzień rano, przed szkołą i po powrocie z niej czekało go dziesięć krów do wydojenia. „Ludzie dla których pracowałem nie mieli wiele pieniędzy – wspomina King – mimo to płacili mi piętnaście dolarów miesięcznie. Wierzcie mi, były to jedne z najszczęśliwszych lat mojego życia, byliśmy wtedy prostymi ludźmi”.

Teraz, kiedy Cartledge’owie regularnie mu płacili, Riley mógł wreszcie spełnić marzenie dzieciństwa i kupić sobie gitarę. Przyjaciel jego pracodawcy zamierzał pozbyć się swojej i King uprosił szefa, by kupił ją dla niego, a należność potrącił mu z wynagrodzenia. Tę pierwszą gitarę – czerwoną Stellę – pamiętać miał przez całe swoje życie.

Zanim nie ukradziono jej Riley’owi kilka miesięcy później, gitara zdążyła odmienić życie chłopca. Po raz pierwszy w życiu posiadał coś na własność. Ale posiadać gitarę w pełni, to umieć na niej grać. Po kilku miesiącach opanował mistrzowsko owe trzy bazowe akordy, stanowiące podstawę bluesa i gospel i mógł akompaniować grupie wokalnej, którą założył wraz z kuzynem Birkettem Davisem. Ten drugi wkrótce opuścił od Kilmichael by szukać pracy w Delcie, ale nie powstrzymało to Riley’a od śpiewania. Wieści napływające regularnie od kuzyna przekonały Riley’a, że Delta jest dobrym miejscem do życia, a życie w niej płynie barwniej.

Wiosną 1943 roku Riley namówił kuzyna, by po niego przyjechał. Pożegnał się z rodziną Cartledge’ów, spakował gitarę i garstkę rzeczy i na dobre opuścił rodzinne strony swojej matki. Wojna szalała na Pacyfiku i w Europie, a w Stanach brakowało rąk do pracy. Riley natychmiast więc znalazł pracę jako robotnik rolny na plantacji Johnsona Barretta, odległej tylko osiem mil od Indianoli. Rzecz jasna, jak większość farm w regionie tak urodzajnym, jak Delta, plantacja Barretta była dużo wydajniejsza od skromnych farm Hendersonów czy Cartledge’ów na wzgórzach Kilmichael; była też dużo nowocześniejsza. W czasach kiedy powszechnie jeszcze orano mułami, Barrett miał już kilka traktorów. Barrett nie był co prawda żadnym wielkim posiadaczem ziemskim, tysiąc akrów, które uprawiał nie należało w całości do niego, ale i tak zapewniał pracę jakimś pięćdziesięciu dzierżawcom i ich rodzinom – wliczając w to Riley’a i jego kuzyna Birketta. Riley sprawdził się szybko, jako inteligentny i kompetentny pracownik i wkrótce zza pługa awansował na siodełko traktora. Zamiast pracować fizycznie jak zwykły robotnik, King został wynagrodzony za swoje zdolności, co znalazło odzwierciedlenie i w jego zarobkach. Na początku lat 40-tych większość zbieraczy bawełny otrzymywało od pięćdziesięciu centów do dolara za sto funtów bawełny; dzienny zbiór w wysokości trzystu funtów nikogo nie dziwił, a niektórzy potrafili zebrać i pięćset, tak jak King i jego kuzyn. Dobry traktorzysta potrafił zarobił pięć dolarów dziennie w o wiele mniej męczący sposób.

Ten stan rzeczy nie mógł jednak trwać wiecznie. Trwała wojna i 16 września 1943 roku, w dzień osiemnastych urodzin, King musiał zgłosić się do komisji poborowej, by wypełnić obowiązki wobec kraju. Kilka miesięcy później wysłano go do obozu szkoleniowego Camp Shelby, w Hattiesburgu w Mississippi, gdzie spędził trzy miesiące. Ale nie wysłano go na front, jego pozycja traktorzysta uchroniła go przez zmobilizowaniem – „Byłem jednym z najlepszych traktorzystów” – wspomina do dziś z dumą. Riley mógł pełnić służbę pracując dla swego szefa, właściciele wielkich plantacji weszli bowiem w ugodę z armią, przeznaczając część zbiorów na potrzeby wojska.

Choć służba Riley’a odbywała się na plantacji Barretta, nie wolno mu było – aż do końca wojny – porzucić pracy. Przymusowa praca, jak i obecność niemieckich jeńców wojennych, zatrudnionych na plantacjach Sunflower County, sprawiły, że Riley poczuł się dyskryminowany. Jeńcy najmowani byli do pracy za dniówki, nie mieli też obowiązku zebrać więcej niż dwieście funtów bawełny dziennie, przywożeni byli na pole długo po tym, jak czarni robotnicy zaczęli pracę, a ich dzień pracy kończył się wcześniej. „Było mi z tym źle. Nie, żebym źle życzył jeńcom, ale akt, że wiedliśmy cięższe życie od schwytanych żołnierzy wroga wydawał mi się upokarzający”.

Choć jego los był w rękach armii, życie Riley’a właściwie nie uległo zmianie. Nic nie wstrzymywało go zwłaszcza od prowadzenia w wolne dni równie bujnego życia towarzyskiego, jak jego przyjaciele. Podobnie jak oni w sobotnie wieczory bawił się w klubach Indianoli, zabierając ze sobą swoją ukochaną, Marthę Denton, która miała zostać pierwszą panią King.

Riley i jego młoda żona mieszkali z bratem Marthy, ale spotykali się często z Birkettem Davisem, z którym King założył nową grupę gospel, kiedy tylko przeniósł się do Indianoli. W jej skład weszli także N.C. Taylor, Nathaniel Parker i O.L. Matthews, pod kierownictwem drugiego z braci – Johna Matthewsa, który ochrzcił grupę mianem Famous St. John Gospel Singers. Jak wiele innych religijnych kwartetów tego typu, śpiewali w całej Delcie na zaproszenie lokalnych kościołów. By stać się bardziej znanymi, załatwiali też sobie występy w lokalnych rozgłośniach radiowych.

Pod koniec lat 40-tych niewiele stacji w Stanach troszczyło się o afroamerykańskich słuchaczy, nie była to nawet kwestia rasizmu, ale względów czysto ekonomicznych, sponsorom nie opłacało się bowiem finansować audycji adresowanych do słuchaczy, którzy niewiele zarabiali i mieli niedużą moc nabywczą, a większość zakupów robili w kantynach na swoich plantacjach. Z powodu amerykańskiego purytanizmu, pierwsze eksperymenty z audycjami dla afroamerykańskiej publiczności ograniczały się głównie do muzyki religijnej, którą uznawano za dużo bardziej wartościową, od wątpliwych moralnie pieśni wędrownych bluesowych śpiewaków. Szefowie WGRM z Greenwood i WGVM z Greenville w Mississippi należeli do pionierów na tym polu. Nie mieli nic przeciwko kwartetom gospel, póki nie żądały one zapłaty, zadowalając się możliwością zapowiedzenia na antenie swoich kolejnych występów. W taki właśnie sposób i Famous St. John Gospel Singers stali się stałymi gośćmi w studio WGRM i WGVM, co nigdy nie przestało zadziwiać ich gitarzysty Riley’a Kinga. „To było niezwykłe doświadczenie. Nigdy wcześniej nie byłem w radio, nie miałem właściwie w ogóle o nim pojęcia. To niesamowite, kiedy siadasz i śpiewasz do mikrofonu, a gdzieś daleko ludzie mogą słuchać twojej muzyki z małego pudełka. Nie mogłem tego pojąć!”

Podczas, gdy stacje radiowe Delty udostępniały afroamerykańskiej populacji po kilka godzin tygodniowo, ograniczając się przy tym niemal wyłącznie do muzyki gospel, była i stacja, która już wkrótce zasłynąć miała z nadawania bluesa. Owym pionierem była KFFA, która nadawał z Helena, mieście w stanie Arkansas na zachodnim brzegu Mississippi. KFFA założono w 1941 roku, kilka dni wcześniej, zanim Ameryka włączyła się do wojny. Stworzył ją Sam W. Anderson, dawny dyrektor szkoły, który zajął się interesami. Anderson, rzutki biznesman, szukał sponsorów wśród miejscowych kompanii, jednym z pierwszych, którzy zainteresowali się jego stacją był Max Moore, którego firma handlowała maką kukurydzianą, podstawowym składnikiem afroamerykańskiej kuchni na Południu.

Niedługo wcześniej, W. Lee „Pappy” O’Daniel, jeden z rywali Moore’a na rynku, stał się sławny w całym Teksasie dzięki sponsorowaniu audycji western swing. Pomysł okazał się tak nośny, że nie tylko znacząco podniósł dochody O’Daniela, ale po wyborach wyniósł jego samego do godności członka biura gubernatora.

Kiedy dwóch bluesmanów z okolic Helena – Rice Miller – nazywający siebie Sonny Boy’em Williamsonem – i Robert Lockwood Junior, zjawiło się w studio KFFA pewnego grudniowego rana 1941 roku, Anderson i Moore, zainspirowani przykładem O’Daniela, wpadło na pomysł, że mogłoby ubić dobry interes, prezentując programy bluesowe prowadzone przez miejscowych muzyków i wynoszących zalety mąki King Biscuit.

Nie minęło kilka tygodni, a cała chyba afroamerykańska populacja Delty zbierała się co dzień w południe przed radioodbiornikami, by posłuchać Sonny Boy’a i Roberta Juniora w KFFA, a sprzedaż mąki King Biscuit wzrosła ponad wszelkie wyobrażenia. „King Biscuit Time” był na prostej drodze do sławy. Sonny Boy Williamson zmarł w 1965, znany i podziwiany na całym świecie, ale w KFFA do dziś dnia o tej samej porze rozbrzmiewa jego muzyka.

Nie będzie przesadą twierdzenie, że „King Biscuit Time” wywarł wielki wpływ na powojenną scenę bluesową Delty, w równej mierze na słuchaczy, jak i muzyków, których rozwój stymulowała. Pomijając już wszystkich muzyków, którzy akompaniowali na antenie Sonny Boy’owi, zaskakująco wielu sławnych muzyków, od Muddy’ego Watersa, po Howlin’ Wolfa i Elmore’a Jamesa było jej wiernymi słuchaczami. Pomiędzy nimi był i B.B. King. „O tak! Słuchałem Sonny Boy’a i wszystkich innych jak dzień długi. Byli jedną z naszych inspiracji. Tylko w King Biscuit Time można było wówczas posłuchać muzyki bluesowej na żywo. Nieoceniony Rice Miller. Kiedy zaczynał się King Biscuit Time, ludzie rzucali pracę w polu i gromadzili się przy radiu. Nie opuścilibyśmy go za nic na świecie”.

Blues rzadko może gościł w eterze, ale za to był wszechobecny w większości czarnych barów, klubów i tawern rozrzuconych po Delcie. W sobotnie noce, kto żyw szedł tańczyć do Johnny’ego Jonesa w Indianoli, Horace’a Bloomfielda w Marks, czy Green Spot albo Brick Yard w Clarksdale, jednego z wielu juke-jointów, gdzie sławni w kraju muzycy występowali obok anonimowych lokalnych artystów. Czasem Riley i Martha wybierali się aż do Indianoli, by zobaczyć jednego ze swych idoli, Johnny’ego Jonesa, właściciela Jones’ Night Spot na Church Street, u którego występowali pierwszej klasy muzycy. Pojawiali się tu nie tylko miejscowi bluesmani, jak Robert Nighthawk, Sonny Boy, czy Robert Junior, ale także Louis Jordan i jego Tympany Five, czy big bandy Jay’a McShanna, Counta Basiego, a nawet Duke’a Ellingtona. Ale choć młodzi dowiadywali się o koncertach z plakatów, mieli niewiele pieniędzy, a podróżowanie było niełatwe. Jeśli nikt znajomy nie miał samochodu, trzeba było pokonać pieszo osiem mil dzielących plantację od Indianoli i niewiele już zostawało sił do tańca.

Z początku Riley King niespecjalnie interesował się bluesem, koncentrując się na działalności w kwartecie gospel, ale członkowie jego grupy wykruszali się jeden po drugim. Pojawiały się dzieci i muzyka schodziła na drugi plan. Riley i Martha nie mieli dzieci, a King myślał coraz poważniej o zajęciu się muzyką. Z czasem nabrał pewnego dystansu do religii, a miejsce dawniej zajmowane przez gospel zaczął przejmować w jego myślach blues, zwłaszcza od czasu pobytu w Camp Shelby. „Słuchałem bluesa od mniej więcej siódmego, ósmego roku życia. Ale nie próbowałem poważniej się nim zajmować, zanim nie dorosłem na tyle, by pójść do wojska”.

Zmiany sięgały i głębiej. King odkrył niespodziewanie, że jego gitara może więcej, niż tylko akompaniować głosowi. Z gitarą można rozwijać i wzbogacać melodię. Aż do niedawna Kingowi wystarczyła znajomość trzech akordów, których nauczył go przed laty wielebny Fair, jego podejście do muzyki zmieniło się jednak diametralnie wraz z odkryciem dwóch znaczących gitarzystów, których wpływy stoją u podstaw późniejszego stylu B.B. Kinga. W czasie służby wojskowej, dzięki koledze o imieniu Willie Dotson, odkrył Django Reinhardta. Dotson służył we Francji, a kiedy powrócił do kraju w 1944 roku przywiózł ze sobą płyty jazzowych muzyków. „Mój przyjaciel przywiózł z Europy wiele nagrań z francuskiego Hot Club. Tak właśnie poznałem Django. W tym samym mniej więcej czasie odkryłem też Charliego Christiana.”

Romantyczna melodyjność francuskiego jazzu i biegłość gitarzysty Benny’ego Goodmana daleko odbiegały od bluesa, jaki grało się w Delcie w latach 40-tych, ale styl tych dwóch wielkich innowatorów dał Kingowi pojęcie o tym, czego sam pragnął kiedyś dokonać z pomocą gitary. Obok Sama McCrary’ego, pełnego pasji wokalisty kwartetu gospel Fairfield Four, Christian i Reinhardt stali się czołowymi postaciami prywatnego „Hall of Fame” Kinga, a ich przykład zainspirował go do pracy, która z biegiem lat uczynić miała z Riley’a Kinga, wzorowego traktorzysty i niedzielnego śpiewaka gospel, wiodącą siłę bluesa.

Głębokim przeżyciem było dla niego odkrycie, że gorące przyjęcie, jakim zawsze dotąd się cieszył występując w kościołach, może być jeszcze bardziej satysfakcjonujące i daleko bardziej lukratywne, gdy gospel ustąpi miejsca bluesowi, a zapał zielonoświątkowej kongregacji zastąpi entuzjazm słuchających go przechodniów.

Pewnego sobotniego popołudnia, kiedy inni członkowie Famous St. John Gospel Singers byli nieuchwytni, King odważył się zagrać solo na ulicach Indianoli. Gdy wrócił tego wieczoru do domy, miał w kieszeni dwakroć tyle, ile zarabiał przez tydzień na plantacji Barretta. Wiedział też jedno: blues może otworzyć na oścież drzwi, przez które od tak dawna ważył się tylko nieśmiało zerkać w swoich marzeniach. Nie chcąc by ludzie w Indianoli znużyli się jego grą, w kolejnych tygodniach Riley wydał część zarobionych pieniędzy na podróże po miastach Delty. Zagrał we wszystkich większych miastach w pobliżu. W Greenville, Greenwood i Marks, a jego uliczne występy wszędzie spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem.

„W Indianoli grałem na rogu Church i Second Street. Second Street to główna ulica miasta, a Church Street przecina ją i prowadzi do czarnej dzielnicy, którą nazywamy „za torami”. Nigdy nie wyciągałem kapelusza, ale ludzie wiedzieli, że zasługuję na miedziaka, kiedy zagram kawałek, o jaki mnie proszą”. „Na moim rogu mogli słuchać mnie i czarni i biali. Było to naprawdę dobre miejsce. Nie podejrzewałem, że tak mi się powiedzie, miałem po prostu szczęście, że trafiłem na dobre łowisko. Stawałem na tym rogu co sobotę, a czasem po pracy brałem kąpiel, chwytałem gitarę i jechałem do innego miasteczka, jak Itta Bena, Moorhead, czy Greenville. Szczęściło mi się. Zarabiałem w jeden wieczór więcej niż przez tydzień na plantacji. Wystarczyłoby mi nawet na kino. Następnego dnia kościół, a w poniedziałek z powrotem do pracy.”

Po kilku miesiącach myśli Kinga coraz częściej krążyły wokół muzyki, a coraz rzadziej wokół jego traktora. Latem 1945 roku skończyła się wojna, przynosząc Kingowi wyzwolenie od przymusu pracy na plantacji Barretta. Myśl o wyjeździe nie przerażała go. „Każdej jesieni po zbiorach, mawiałem „Czas na nas” a potem snuliśmy plany, marząc o wyjeździe do Memphis, albo innego dużego miasta, w którym moglibyśmy nagrywać. Za każdym jednak razem mówili mi „Może później, nie gramy jeszcze za dobrze”. No i zostawaliśmy. Chłopcy byli bardzo przywiązani do swych rodzin. Rozumiałem to. Ale mnie nie trzymały tak silne więzi, mniej od nich myślałem o rodzinie. Myślałem wciąż, że gdybyśmy tylko wyjechali moglibyśmy zrobić taką karierę jak Golden Gate Quartet i tyle innych grup”.

Doświadczenia jakie wyniósł z Indianoli, Lexington i Kilmichael, upewniły go, że Mississippi nie ma mu wiele do zaoferowania. Stało przed nim wiele możliwości. Niektórzy z jego współczesnych kierowali się na południe do Nowego Orleanu, ale zdecydowana większość tych, którzy opuszczali Deltę w poszukiwaniu lepszego życia, wybierało drogę na Północ, Highway 49 do Memphis, St.Louis i Chicago.

Jedynym co go jeszcze wstrzymywało, była jego żona Martha, która przedkładała spokojną i stabilną egzystencję nad trudy i ryzyko nieznanej przyszłości. King potrzebował jakiegoś pretekstu, by podjąć decyzję. Nadarzył mu się w maju 1946 roku. „Zbliżał się wieczór, pracowałem cały dzień i wszystko było w porządku. Myślałem już o dziewczynie, z którą miałem się wieczorem spotkać, zaparkowałem traktor, jak co dnia i wyłączyłem gaz, ale cholernik nie stanął. Urwałem rurę wydechową. Przeraziłem się, wiedziałem, że szef będzie wściekły i jeszcze tej samej nocy uciekłem”.

Ogarnięty paniką, lękając się co go spotka, za poczynioną szkodę, King opuścił dom. Nie czekając nawet na wypłatę, spakował gitarę i w pospiechu opuścił plantację Barretta, nie żegnając się z Marthą. Zanim słońce zaszło Riley był już daleko. Zmierzał autostradą w stronę Memphis, a jedynym, co miał przy sobie, była jego gitara i dwa i pół dolara w kieszeni...

tłum. by ingeborg

„Blues Boy. Life of B.B. King”, Sebastian Danchin, Univ. Press of Mississippi, 1998
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2018-05-27
94 lat temu...
1924.05.27 W Clarksdale w stanie Missisipi urodził się Brother John Sellers, wokalista i gitarzysta bluesowy.

55 lat temu...
1963.05.27 Wytwórnia Columbia wydała album Boba Dylana ''The Freewheelin' Bob Dylan.
  
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2018 ..::bestyjek::..