reklama  
 
  play  
Piątek, 17 Sierpnia w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI : Joe Bonamassa - British Blues Explosion Live (2018)



NOWOŚCI : Chick Corea - [2018] - Chinese Butterfly



NOWOŚCI : Shemekia Copeland - [2018] - America’s Child



NOWOŚCI : Buddy Guy - [2018] - The Blues Is Alive And Well



Bluesdelta
  Aktualnie: "Rev. Pearly Brown - You`re Gonna Need That Pure Religion - Keep Your Lamp Trimmed And Burning"
jazz
  Aktualnie: "Maceo Parker - Mo`Roots - Let`s Get It On"
standard
  Aktualnie: "Big John Wrencher - Big John`s Boogie Plus - Honeydripper"
soul
  Aktualnie: "Solomon Burke - Home In Your Heart (Disc 1) - Goodbye Baby"
bluesrock
  Aktualnie: "TOTO - Absolutely Live - Hydra"
polskiblues
  Aktualnie: "Pawel Szymanski - Uroda Zdarzen - Otch3an Egzystencjalnej Pustki"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [3132328]  Wizyt łącznie
 [513]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [272]  Zarejestrowanych użytkowników
 [0]  Zalogowanych

 [903]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [21]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  artykuły  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
BIG MOOSE WALKER  
Autor: administrator, 2018-06-15 20:04:02
BIG MOOSE WALKER, Living Blues 09/10.1992

by John Anthony Brisbin

Chicago Blues Fest w 1991 roku zmierzał ku końcowi. John „Big Moose” Walker siedział przy pianinie akompaniując Sunnyland Slimowi podczas jego cotygodniowego niedzielnego występu w B.L.U.E.S. niewielkim klubie na chicagowskim Northside. Zrobił tego wieczoru kawał dobrej roboty, nie tylko przewodząc Big Four, ale także dotrzymując kroku honorowym gościom festiwalu takim jak gitarzysta John Nicholas, czy znakomity chicagowski harmonijkarz Snooky Pryor.

Kiedy około 2 w nocy koncert się skończył, roześmiany i podekscytowany Walker zeskoczył ze sceny. „Opowiem ci historię! – huknął wesoło – Elmore James i Sonny Boy zabrali mnie prosto z pola bawełny w Mississippi do studia nagrań. A Earl Hooker, o, ten zrobiłby dla mnie wszystko. Dam Ci taki wywiad, że nigdy go nie zapomnisz”.

Moje serce rosło na samą myśl o wysłuchaniu historii Walkera, ale musiałem poczekać z nimi aż do kolejnego pobytu w Chicago. Dziewięć miesięcy później, w marcu 1992 roku przyjechałem do Chicago i postanowiłem odnaleźć Walkera. Łatwiej było powiedzieć, niż zrobić, bo Walker nie miał w domu telefonu. Miałem tylko telefon do Arrow Station na West Side, warsztatu śpiewaka i właściciela stacji obsługi Williego Bucka, a nie mogłem zastać Bucka w firmie. Odsyłano mnie od jednego samozwańczego agenta czy managera do drugiego, w końcu rozmawiałem już chyba ze wszystkimi, którzy kiedykolwiek pracowali, czy choćby przejeżdżali przez Arrow. „Living Blues? – słyszałem w słuchawce – ile chcecie zapłacić za wywiad?”, a kto inny wtrącał: „Myśleliśmy, że przyjedziecie tu nakręcić film”.

W końcu udało mi się porozmawiać z samym Williem Buckiem i umówić się na spotkanie z Walkerem na stacji Arrow. Walker się nie pojawił, ale Buck poprzysiągł sprowadzić go do mnie. W końcu umówiliśmy się w klubie B.L.U.E.S., podczas kolejnego koncertu Big Four, którzy towarzyszyli tego wieczoru niestrudzonemu pianiście Jimmy’emu Walkerowi. Czekaliśmy z nadzieją. Inni goście opowiadali niepokojące historie o słabym zdrowiu Walkera wciąż nadszarpywanym przez jego ryzykowny tryb życia.

Dochodziła już jedenasta, a my czekaliśmy od dobrej godziny, kiedy drzwi wreszcie się otworzyły. Szmer zaskoczenia i ukontentowania przebiegł tłum. Znużony ale uśmiechnięty Willie Buck kroczył przez salę, poprzedzany przez Johna Mayona „Big Moose” Walkera we własnej osobie, wystrojonego w kowbojską koszulę i czarne skórzane spodnie spięte pasem z wielkimi białymi literami „MOOSE” na klamrze. Jego długie, kręcone srebrzyste włosy były starannie upchnięte pod beżowym beretem, a siwa broda była świeżo przystrzyżona.

Choć lekko przygarbiony i opierający się na lasce od czasu ostatniego ataku Walker imponował pełną mocy, nieulękłą postawą, jeszcze wyrazistszą, kiedy dźwięcznym barytonem powitał gości, przebijając się przez muzykę i gwar zgromadzonych tłumnie gości. Kiedy usiedliśmy przy stole uderzył mnie swojski urok chłopca z prowincji jakim emanował – jego uprzejmość, przyjemność z jaką oddawał się konwersacji i pragnienie wspierania wokalnej kariery przyjaciela.
Poszliśmy oboje w dół ulicy do małego meksykańskiego baru, gdzie było dość cicho, by przeprowadzić wywiad. Warto jednak wspomnieć, że Walker nie chciał wyjść, zanim nie posłucha choć kilku minut muzyki. Niedopity drink czekał zapomniany na stole, ale bez słodkiego dźwięku bluesa nie potrafił się obejść.

Kiedy lata 40-te przeszły w 50-te, Big Moose Walker i Kansas City Red akompaniowali geniuszowi gitary Earlowi Hookerowi, podróżując w górę i dół Highway 61 i 49, od Tutwiler po Rolling Fork, Cleveland i Shaw. Na początku lat 50-tych podbijali razem Alabamę, Georgię, Kentucky i południowe Illinois. „Nasze auto było wciąż w drodze – wspomina Moose z uśmiechem – jeździliśmy po całym Południu. Czasem wysiadaliśmy z wozu, wyciągaliśmy instrumenty i graliśmy wśród pól bawełny. Graliśmy na gitarach siedząc na miedzy”. „Powiem wam, że z Earla Hookera był prawdziwy dzikus – opowiada Walker o swoim, nastoletnim wówczas, przyjacielu – Wszyscy byliśmy młodzi i szaleni. Jedyne czego chcieliśmy od życia to trochę whisky i miejsce do grania. Nie myśleliśmy o pieniądzach. Graliśmy dla samej radości grania.” Zdarzało się, że trio musiało płacić właścicielowi karę za odrywanie od pracy czarnych robotników, którzy porzucali narzędzia i tłoczyli się wokół muzyków. Kiedy muzyka cichła, szef wręczał Hookerowi, Walkerowi i Redowi motykę i zapędzał ich do pracy.
„Byłem do tego przyzwyczajony – zbywa Walker – brałem więc motykę a potem się urywałem”.

Nieco później, w barach, tawernach i juke-jointach wibrujących gorączką Południowej nocy, nasi młodzi bohaterowie pokazywali się od całkiem innej strony.
„Earl Hooker wspinał się na moje plecy i grał aż do białego rana – wspomina Walker – brałem go na bary i grałem na basie, podczas gdy on prowadził linię gitary. Wychodziliśmy na zewnątrz, na ulicę, wracaliśmy do klubu, a on wciąż siedział mi na ramionach.”
Nie na tym tylko kończyły się atrakcje wieczornych występów Hookera. Kansas City Red maszerował ladą wybijając rytm na perkusji, Walker i Ernest Lane grali siedząc okrakiem na skrzyni pianina a sam Hooker pokazywał na scenie sztuki godne akrobaty.

Hooker zabierał się z werwą za hity dnia, takie jak „The Hucklebuck”, podbijając serca publiczności mistrzowskim finger-picking i prędkimi jak błyskawica gitarowymi solówkami stapiającymi klasycznego bluesa z jazzem i bebopem, by na zakończenie powrócić z wdziękiem do finalnych akordów pierwotnej aranżacji. Chwilę później sięgał już po slide, by porwać słuchaczy uwielbianymi przez tłum standardami w rodzaju „Spoonful” czy „How Many More Years” Howlin’ Wolfa.
Pełen energii Moose Walker towarzyszył zwykle Hookerowi na pianinie, jeśli jednak sytuacja tego wymagała mógł też stepować, grać na basie, gitarze rytmicznej i wszystkim, czego było trzeba, by ludzie dobrze się bawili.
„Earl zwracał się do każdego per „dziaduniu” – wspomina Walker – „Dziaduniu, jedź ze mną do Chicago!” rzekł mi kiedyś, a ja mu na to „O nie, bracie, to nie dla mnie. Za wielu tam ludzi”.

O legendarnym talencie Hookera Moose opowiada z zachwytem „Grał tak biegle, że potrafił równocześnie rozmawiać przez telefon. Nie było drugiego takiego, który by potrafił mu dorównać, nie sprostałby mu ani Matt Murphy, ani żaden inny. Mówią, że Earl Hooker był największym ze wszystkich gitarzystów, jacy kiedykolwiek żyli. Potrafił grać na gitarze całą długą noc, myślę, że umiał grać nawet przez sen. Spałem tuż obok, w drugim łóżku i pytałem go nieraz: „Earlu Hookerze, czemu nie śpisz?”, „Jeszcze chwilkę dziaduniu, zagram jeszcze tylko ten jeden kawałek” – odpowiada. Zasypiałem i budziłem się, a on nadal grał.”

„Zbieraliśmy bawełnę, a on siedział na beli i grał na gitarze cały długi dzień. Grał dzień i noc. Nigdy nie wypuszczał gitary z rąk. Taki był ten Earl Hooker”.
Takich pochwał można było oczekiwać od przyjaciela, który pracował z Hookerem przez kilka dobrych dziesięcioleci, ale entuzjazm Walkera dla umiejętności wybitnego gitarzysty podzielają nie tylko wszyscy jego koledzy z branży, ale i krytycy. Pete Welding opisuje Hookera jako „mistrza gitary... natchnionego odkrywcę nowych, ekspresyjnych technik... który wytyczył ścieżki dla całych pokoleń następców”.

Walker nie przeczy też i innej ze znanych cech Hookera, jego lepkich palców do których nierzadko przyklejał się muzyczny ekwipunek. Około 1950 roku w Cairo w Illinois z klubu braci Wade zniknęły głośniki, a cała paczka: Hooker, Ernest Lane i Kansas City Red wylądowali na pół roku na więziennej farmie. Walker potwierdza to, co inni od dawna podejrzewali: „Hooker – wyznaje puszczając oko – podprowadził te głośniki sam jeden, ale wszyscy musieli za to zapłacić”. Nieżyjący już Kansas City Red do ostatnich chwil bronił reputacji Hookera, nie wierząc, czy nie chcąc wierzyć, by Earl był w to zamieszany.

Inne wspomnienia o Hookerze nie były już na szczęście tak mroczne. Opowieści o jego perypetiach wciąż krążą wśród starej gwardii chicagowskich muzyków, wywołując salwy śmiechu. Louis Myers spostrzegł kiedyś na przykład, że jego wzmacniacz rozpłynął się w tajemniczy sposób, po tym, jak pozwolił Hookerowi przysiąść się do siebie na jeden set. Zasłyszawszy już niejedno o swoim ziomku, pobiegł na zaplecze sprawdzić kieszenie Hookera. Zguba się znalazła. „Cóż, nie mógł się oprzeć, żeby nie podwędzić jakiegoś instrumentu – tłumaczy pogodnie Walker – ale wystarczyło pamiętać, by nie zostawiać niczego w jego pobliżu i problem z głowy.”

Walker powracał w szeregi Roadmasters Earla Hookera jeszcze niejeden raz pod koniec lat 50-tych i w latach 60-tych. Pracował z nim także w chicagowskich klubach, jak Pepper’s Lounge, Blues Fame czy Robert’s Show Lounge. Był też obecny w studio w Los Angeles, kiedy pod koniec lat 60-tych powstawały słynne nagrania Hookera dla Arhoolie. W tym czasie zdrowie Hookera wciąż się pogarszała, a gruźlica z dnia na dzień coraz bardziej pustoszyła jego organizm.
„Pamiętam, jak go pchałem, żeby mógł wdrapać się na kalifornijskie wzgórza... Earl Hooker nie miał już sił na wspinaczkę. Szedłem za nim i pchałem go pod górę. „Dziękuję ci dziaduniu, bardzo dziękuję” – mawiał. Ale powiem wam coś. To ta jego gitara trzymała go przy życiu przez dobre dziesięć lat. Kiedy zabrali go do szpitala przynieśliśmy mu gitarę, trzymał ją koło łóżka. Gitara była jego całym życiem. Dobrze wiedział, że tak długo, jak będzie miał pod ręką gitarę, da radę na niej grać. I nie mylił się.”

„Jestem na wszystkich nagraniach Hookera” – przypomina Walker. Jego ulubionym kawałkiem jest ta z wersji „Off The Hook”, w której dźwięki gitary okala wyrazistym brzmieniem organów w stylu Jimmy’ego Smitha.

Człowiek, którego nazywają „Wielkim Łosiem”, urodził się w rodzinie sharecropperów – Berty i wielebnego T.B.F. Walkera, 27 czerwca 1927 roku w Greenville w Mississippi. Był siódmym z czternaściorga dzieci i wciąż ze wzruszeniem wspomina swoją liczną rodzinę.
Z dumą mówi o indiańskiej krwi, jaka krąży w jego żyłach i której zawdzięcza rysy i długie, faliste włosy. Równie dumny jest ze swoich rodziców, którzy żyli w szczęśliwym stadle przez 66 lat i dochowali się zadziwiającej liczby 131 prawnuków. Matka Walkera zmarła dopiero niedawno w wieku 93 lat, ojciec zmarł kilka lat temu w wieku 86.
„O tak – uśmiecha się spoglądając w dal – miałem wspaniałą rodzinę”.

Nie zatarło to jednak wspomnień całej tej ciężkiej pracy, jaka spadała na barki jego rodziny. „Zbieraliśmy bawełnę. Oraliśmy. Kosiliśmy. Młóciliśmy zboże. Robiliśmy wszystko, co możesz sobie wyobrazić”.
Ojciec Walkera grał początkowo na gitarze, wkrótce jednak wybrał pianino i kościelne organy. Widok ojca grającego na organach podczas nabożeństw najżywiej utkwił w pamięci Moose’a i jego licznego rodzeństwa. Tam też dzieci zaczęły uczyć się muzyki od ojca.

Pierwszym utworem, jaki Walker nauczył się grać od początku do końca był religijny hymn „Just A Closer Walk With Thee”, ale już jako dwunasto- czy trzynastolatek skłaniał się też ku dzikiej muzyki, której nabożni chrześcijanie z jego kongregacji nigdy by nie zaaprobowali.
„Tato stawał obok i przysłuchiwał się, jak gram” – wspomina Walker.
„Czy to przypadkiem nie blues, synu?” pytał.
„Ależ nie tato, to kościelna pieśń, tylko żywiej zagrana”.
„Nie brzmi tak, jak ja zwykłem ją grać” – wielebny Walker potrząsał głową z udaną powagą.
„Cóż, nie jestem tak dobry jak ty” – bronił się młody Moose.
„Dobrze wiedział, jak się sprawy mają, ale nie mówił słowa” – wyjaśnia Walker, będąc wdzięczny za akceptację, jakiej, choć pośrednio, udzielał mu ojciec.

„Cleanhead Love?” – pyta Walker zdumiony, niedowierzając, że to imię z zamierzchłej przeszłości padło z ust jego młodego rozmówcy. „Tak... to był w jednym z pierwszych zespołów, w których grałem.”
„Dobry był z niego perkusista, miał też trębacza Maca Simmonsa [nie mylić z chicagowskim harmonijkarzem Little Mac’iem Simmonsem]. Był trębaczem jazzowym. On i ja graliśmy razem „Stardust”, kiedy zbliżał się świt. Ten numer wieńczył nasz show i wszyscy go uwielbiali.”
„Cleanhead miał mnóstwo ślicznych córek” – wyznaje Walker z błyskiem w oku. „Byłem wtedy młody, wiecie, o czym mówię i ogromnie pragnąłem grać z Cleanheadem, bo wszędzie gdzie jechał zabierał ze sobą żonę i swoje śliczne córki. A jeździł po całym Mississippi”.

„Pojechałem do Clarksdale w Mississippi i zacząłem grać z Ikem Turnerem. W jedną noc nauczyłem się grać na basie. Byłem pianistą, ale i Ike grał na pianinie, a był w tym świetny. Zagrałem więc raz dla wprawy i zacząłem występować z Ikem i Tiną.”
Na początku lat 50-tych Ike Turner nagrywał Walkera w St. Louis, a także w klubie w Greenville w Mississippi. Wiele z tych nagrań znalazło się ostatecznie na antologii wytwórni Kent, ale Walker nie dostał do dziś z tego tytułu ani grosza.
„Ike Turner ma niejedną moją taśmę – przyznaje Walker – powydawał je, ale ja nigdy ich nie oglądałem”.

Kolejna możliwość pojawienia się w mediach otworzyła się przed Walkerem na początku lat 50-tych, kiedy dostał szansę wystąpienia w audycji „King Biscuit Time” w radiu KFFA w Helena, w towarzystwie swoich starych znajomych: Houstona Stackhouse’a, Joego Willie Wilkinsa i Jamesa „Peck” Curtisa. Walker wspomina, że występując w radio nigdy nie czuł tremy. „Nie robiło mi to różnicy... wiedziałem, że potrafię grać, więc grałem i tyle... płacili nam dziesiątaka za piętnastominutowy show”.

Dwóch czarnych dżentelmenów, którzy przysłuchiwali się występowali Walkera w studio w Helena, przybyło pewnego dnia na pole, na którym pracował. „Nazywa się pan J.W. Walker? – zapytał jeden z nich. Walker przytaknął. „Przybyliśmy zabrać pana na nagranie”. „Panie kochany, jaki tam ze mnie muzyk. Za słabo gram, żeby nagrać płytę – żachnął się Walker, odprawiając ich z kwitkiem – a poza tym mam tu robotę, nie widzicie?” – dodał wskazując na wiszący u pasa worek na bawełnę.
„Ale zarobi pan trzysta dolarów!” nie poddawał się przybysz. To zrobiło na Walkerze wrażenie. „Do licha, to za dużo. Nie potrzeba mi tyle... A poza tym gram tylko w C i G”. Dwaj panowie spojrzeli na siebie z niedowierzaniem. „Ależ my gramy tylko w Ci G!”

Dwoma dżentelmenami, którzy eskortowali Moose’a aż do studia w Jackson by nagrywać jego muzykę dla Trumpet Records Lillian McMurry, byli Elmore James i Sonny Boy Williamson. Jak na ironię, kiedy taśma poszła w ruch grali chyba we wszystkich tonacjach poza C i G. „Dałem radę. Wodziłem dłonią po klawiaturze tak długo, aż znalazłem właściwy dźwięk, a potem samo już szło – wspomina Moose – odtąd potrafiłem już grać w jakiej tylko tonacji sobie zażyczyli.”

Walker akompaniował także na drugiej gitarze w zespole gitarzysty i śpiewaka Boyda Gilmore’a, którego wspomina jako wyjątkowego wokalistę. Wspomina także z niedowierzaniem i nutką uciechy w głosie noc, kiedy dom w którym nocowali stanął w płomieniach. Perkusista o imieniu Albert próbował skoczyć w płomienie by ratować swoją perkusję. „Ja i Gilmore nie zdołaliśmy go powstrzymać. Rzucił się w ogień, a jakieś piętnaście sekund później cały dom się zawalił. Strasznie się poparzył, ale perkusję jakimś cudem wyniósł z płomieni... Boyd poślubił w końcu nabożną kobietę. Myślę, że wciąż jeszcze żyje. [Boyd Gilmore zmarł w 1976 roku].

Walker grał także w połowie lat 50-tych w składzie Lowella Fulsona, w zastępstwie stałego klawiszowca Lowella, Lloyda Glenna. „Lowellowi akompaniowali wtedy ludzie Chokera Campbella, ale oni mieli wówczas własnego klawiszowca, który znał nuty, ale kiedy Lowell zdecydował się od nich odejść, zastąpiłem go przy pianinie, bo zdaniem Lowella brzmiałem podobnie jak Lloyd Glenn.”
Fulson i Walker pozostają przyjaciółmi do dziś dnia, i kiedy dziś Fulson zagląda do Chicago nie omieszka odwiedzić swojego dawnego pianisty. Grywają razem w klubie Biddy Mulligan na North Side, gdzie jak tłumaczy Walker „Grałem numery tak przypominające Lowellowi Lloyda Glenna, że Lowell miał łzy w oczach. Nie mógł uwierzyć, że to nie Lloyd Glenn siedzi przy pianinie.”

Innym muzykiem, którego zarówno Fulson, jak i Walker zawsze głęboko poważali był Kansas City Red. Według Walkera Fulson niejeden raz próbował nakłonić Reda do odejścia od Earla Hookera. Dopiero w 1980 roku, długo po śmierci Hookera, Fulsonowi udało się namówić Reda do zagrania u swego boku podczas dwóch tras po Kanadzie. Mieli wybrać się razem, ale problemy z prawem sprawiły, że Redowi nie wolno było opuścić Stanów.
‘Kansas City Red był niezrównanym perkusistą – wspomina Walker – nikt tak jak on nie potrafił wybijać rytmu”.

Częścią życia Big Moose’a Walkera, o której rzadko się wspomina, są lata jego służby w armii, podczas wojny koreańskiej, od 1953 aż do 1955 roku.
Walker śmieje się, kiedy pytam go, czy lata wojny były dla niego ciężkie. „Byłem w wojsku muzykiem, to jedyne co tam robiłem... Przyjechałem raz do Seulu, patrzę, a tam stoją dwa stare pianina, całkiem rozstrojone. Znalazłem starego papę-sana, który je dla mnie poskładał, zabrałem je ze sobą do bazy, ustawiłem w mesie oficerskiej i dobry tydzień nad nimi ślęczałem. A kiedy oficerowie powrócili wieczorem do bazy grałem już w najlepsze „Blue Moon Over Kentucky”.

Walker pracował do końca wojny w oficerskim klubie, nosił nawet oficerskie szlify, stanowił bowiem „jedyną rozrywkę jaka im pozostawała. Grałem ich ulubione kawałki, country & western i co sobie zażyczyli”. Nawet koreańscy muzycy lubili go słuchać. „Nie potrafili grać bluesa, ale uwielbiali przychodzić mnie słuchać. Każdy muzyk lubi, kiedy ktoś gra to, czego jeszcze nie zna”.
Walkerowi dobrze więc wiodło się w armii, musiał jednak odsłużyć swoje. Oficerowie odrzucali jego prośby o przedterminowe zwolnienie, nie chcieli bowiem stracić ulubionej muzyki.

Dopiero Sunnyland Slimowi, zabijace i niezrównanemu pianiście z barrelhouse’ów Południa, udało się zwabić Walkera do Chicago. Musiał go jednak przedtem spoić whisky i obiecać solennie, że odwiezie go z powrotem na Południe. Był rok 1959.
„Kiedy przyjechaliśmy do Chicago – wspomina Walker – nie chciałem wysiąść z samochodu. Tyle tam było świateł. Przesiedziałem w aucie całą noc. Próbowali mnie z niego wywabić, ale powiedziałem Slimowi „Zabierajcie się wszyscy, jak tu stoicie. Nie ruszę się z wozu”. Przejechałem nim całą drogę z Mississippi. Nie chciałem z niego wysiąść i nie wysiadłem. Dopiero, kiedy wstało słońce wysiadłem z samochodu.”

Big Moose podpisuje się pod obrazem Sunnyland Slima, przedstawiającym go jako przyjaciela muzyków, człowieka, który wielu stworzył takie szanse, jakie dał Walkerowi. Ale Walker przyznaje, że przynajmniej w młodości potrafił być „równie dziki i niegodziwy jak Wolf”, umiejąc podporządkować sobie niedoświadczonych muzyków.
„Sunny potrafił być okropny dla muzyków, dlatego, że sam był taki zdolny – wyjaśnia Walker – doświadczenia się nie kupi, sam musisz je zdobyć”.
Sam Walker miał odmienne podejście. Cieszył się, kiedy miał okazję grać z początkującymi muzykami, uważając to zarówno za szansę pomocy im, jak i rozwoju własnych umiejętności. „Nie grałem dla samego siebie, ale po to, by innym grało się lepiej. Jeśli mogłem akompaniować słabemu wokaliście tak długo, aż sprawiłem, że brzmiał dobrze, nigdzie indziej nie chciałem się wybierać. Grywałem z ludźmi, którzy nie mieli wcześniej pojęcia o bluesie, ale kiedy już z nim zagrałem, radzili sobie z bluesem lepiej niż kiedykolwiek przedtem.”
O innych wyczynach Sunnylanda mówi jasno „Sunny uwielbiał hazard. Miał do niego rękę. Ja tam się nim nie zajmowałem. Wolałem wydawać pieniądze na inne rzeczy”

Jeszcze jeden dobry przyjaciel dołączył do Walkera, kiedy ten pojawił się w Chicago. Był nim utalentowany pianista i sideman Elmore’a Jamesa, Johnny Jones. Po występach u boku Earla Hookera w Blue Flame czy Pepper’s Lounge na 43-ej ulicy, Walker często szedł do domu Johnny’ego. Walker uważał go za najlepszego z pianistów grającego „brudne dwunastki” obok Roosevelta Sykesa. „Po pracy szedłem do niego. Czułem się w jego domu, jak w swoim własnym – wspomina Walker – nie dawaliśmy Lecie spać do rana.” Walker pamięta, jak żona Jonesa – Letha wołała ze swojej sypialni, kiedy dwaj przyjaciele grali na pianinie „Kiedy wreszcie popijecie się i zaśniecie”. „Nigdy – odpowiadał jej mąż – póki mamy pianino”. „Graliśmy całą długą noc – dodaje Walker – wstawał ranek, a my dalej uderzaliśmy w klawisze”.

W Chicago Walker poznał też Otisa Rusha, co dało początek długiej i owocnej współpracy, wliczając w to wspólne trasy i pamiętną sesję dla Delmark, podczas której nagrano album „Cold Day In Hell”, wydany w 1976 roku.
Walker zgadza się, że Rush miał na początku lat 60-tych nieprzeciętny talent, uważa jednak, że w późniejszych latach nabrał siły. „Gra więcej i szybciej niż dawniej miał w zwyczaju. Jego głos także jest silniejszy. Słuchałem go którejś nocy w Kingston Mines. „Czy ty się kiedyś zestarzejesz? – spytałem. Roześmiał się tylko.”

Około 1960 roku podróżowali razem po Arizonie i Nowym Meksyku promując nową płytę Rusha „My Love Will Never Die”.
„Pamiętam jak Otisowi zabrakło pieniędzy. Całe dwa tygodnie jedliśmy wtedy ryby. Gdzieś po drodze kupiliśmy łupacza prawie tak wielkiego, jak ja sam. Ważył pewnie ze 140 albo 150 funtów. Odtąd jedliśmy tylko to. Ryby, ryby, ryby, jak dzień długi. Na obiad mieliśmy rybę, kiedy więc Otis zaprosił nas wszystkich rano na śniadanie, pomyślałem sobie ‘Co za ulga, mam już po dziurki w nosie tej ryby”. Zgadnijcie co podał nam na śniadanie? Jajka i rybę. Zjadłem wtedy tyle ryb, że kiedy wróciliśmy do Chicago, myślałem, że wyrosły mi skrzela”.

Walker pracował też z Howlin’ Wolfem i Muddy’m Watersem, choć tylko okazjonalnie, i zachował o nich ciekawe spostrzeżenia. „Wolf był dobrym człowiekiem. Musiałeś po prostu robić porządnie wszystko, co do ciebie należało, albo nie miałeś po co z nim grać. Nie robił ci żadnych problemów, tak długo, jak długo grałeś tak, jak on chciał. Bez zatrzymywania się i połykania nut, bo inaczej Wolf potrafił zdzielić cię jeszcze na scenie”.

Zwykle co prawda Wolf starał się hamować swój temperament, przynajmniej do momentu kiedy zszedł ze sceny, ale po występie jego ludzi mogła czekać niezła przeprawa. „Nie popuszczał. Następnego dnia, w drodze na kolejne granie, potrafił zatrzymać auto i dać ci niezły wycisk”.
Zapytany, czy te same środki Wolf stosował wobec swojego długoletniego gitarzysty, Huberta Sumlina, Walker odpowiada ze śmiechem: „Wolf i Hubert wysiadali i prali się co dwie albo trzy mile.”

We wczesnych latach 60-tych Walker jeździł do Kalifornii u boku Muddy’ego Watersa, nie jako pianista, ale basista. Otis Spann polecił go, kiedy basista Watersa zachorował.
„Muddy, powiedziałem, zaczekaj minutę, zanim mnie weźmiesz. Nie mam nawet basu”. „Nie ma problemu – opowiedział, poszedł i przyniósł mi bas.”
Zagrali w Pepper’s Lounge w poniedziałkową noc, by złapać groove, a już we wtorek ruszyli na zachód. Po kilku dniach w samochodzie Walker był bliski wyjścia z siebie.
„Muddy sadzał ludzi za kierownicą, nie patrząc nawet ile przedtem whisky w siebie wlali. Jemu to nie wadziło, bo sam prowadził swój wóz, a my jechaliśmy vanem z pijanicą za kółkiem”.

Prawdziwa zabawa zaczęła się, kiedy dotarli do Kalifornii. „Spann skinął na mnie, żebym zastąpił go przy pianinie, a sam wyskoczył do baru na jednego. Muddy nigdy się nie odwracał podczas występu, był więc przekonany, że Spann siedzi przy pianinie, a on sterczał przy barze. Kiedy w końcu się odwrócił uśmiechnął się tylko i śpiewał dalej.”
Około czwartej nad ranem Spann i Walker zeszli do hotelowego lobby, gdzie stały dwa fortepiany. Usiedliśmy do nich i graliśmy do rana. Piliśmy i graliśmy. Kiedy się opamiętaliśmy była ósma rano, a wokół tłoczyły się trzy setki ludzi.”

Nawet w Chicago ta dwójka często spotykała się z mieszkaniu Spanna na piętrze domu Watersa w South Side by grać razem długie godziny. „Braliśmy galon whisky i graliśmy do białego rana” – wspomina Walker. Przypomina sobie też, jak planowali wydać wspólny album pod koniec życia Otisa Spanna. „To mogło być najlepsze nagranie pianina solo, jakie kiedykolwiek powstało – uważa – przeszlibyśmy do historii, gdybyśmy razem zagrali, bo czuliśmy tak samo”.

Ostatnim obrazem, jaki zapamiętałem był Big Moose Walker oddalający się w podmuchach lodowatego wiatru Halstead Street, u boku swego przyjaciela Williego Bucka. Ich głosy dobiegały mnie z oddali, wciąż wyraźne. Buck opowiadał, że pianista z Kansas City, Jay McShann, przyjedzie do Chicago na tygodniowe tournee. „O, to mój ulubieniec – odpowiedział Walker – Do diaska, nie słyszałem starego Jay’a całe lata”. „Niedługo moje urodziny, Willie – dodał jeszcze, kiedy czekali na światłach na rogu ulicy – możesz zabrać mnie w prezencie na koncert Jay’a”.

Tyle było tematów, których nawet nie tknęliśmy podczas tego wywiadu. Praca Walkera jako sidemana w Delmark podczas wczesnych nagrań Juniora Wellsa, Otisa Rusha i Mighty Joe Younga. Jego występy u boku Sona Sealsa, na jego pierwszych sesjach dla Alligator. Jego własne nagrania z lat 70-tych i 80-tych, dla Alligator, Red Beans, Wolf i Isabel (na których usłyszeć można znakomitą grę zmarłego Willie Jamesa Lyonsa, utalentowanego, lecz niedocenianego gitarzysty). Jego regularne podróże do Europy u boku Lefty Dizza i innych muzyków. Zaplanowałem sobie, że dokończę ten wywiad, kiedy w czerwcu ponownie zawitam do Chicago podczas corocznego festiwalu.

Ale słabe zdrowie i ryzykowny tryb życia Walkera udaremniły moje plany. Choroba dopadła go, zanim zdążyłem ponownie się z nim spotkać. Pod koniec maja przeszedł rozległy udar, stracił zdolność mówienia i poruszania się. W czerwcu poszedłem go odwiedzić w wielkim szpitalu weteranów na południe od Chicago Avenue w Loop. Zniknęła szopa siwych, rozwichrzonych włosów. Zniknęła broda. Ale nawet ogolony, osłabły i niemal całkowicie unieruchomiony na szpitalnym łóżku, zachował imponujący wygląd. Z największym wysiłkiem wyciągnął trzęsącą się rękę i ujął moją dłoń. Spędziliśmy razem parę godzin w milczeniu. Modliłem się i roniłem łzy. Wiem dziś, że ta wizyta poruszyła mnie równie mocno, jak poprzednio, choć obyła się bez słów.

[dopisek red.]Według Williego Bucka, Big Moose Walker, choć przykuty do wózka, powoli powraca do zdrowia, ćwiczy mowę i porusza się po domu opieki. Buck zorganizował przyjacielowi pianino, w nadziei, że dzięki temu szybciej powróci on do zdrowia.

Tłum. by_ingeborg
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2018-08-17
79 lat temu...
1939.08.17 W Mayflower w Arkansas ur. się Luther Allison, jeden z najlepszych współczesnych gitarzystów bluesowych. Zmarł 12.08.1997.

46 lat temu...
1972.08.17 w Columbia w Pd. Karolinie zmarł Baby Tate, znakomity gitarzysta Piedmont bluesa, partner Blind Boya Fullera, Pinka Andersona i Peg Leg Sama.
  
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
 2018-08-05 13:22:54
  SPRZEDANA DUSZA. O.V. WRIGHT
 2018-08-05 13:21:00
  BENNIE SMITH. PATRON ST.LOUIS
 2018-08-05 13:16:03
  TANI BLUES BLUEBIRDA
 2018-08-05 13:13:35
  NAT DOVE. CZŁOWIEK RENESANSU
 2018-08-05 13:11:16
  DADDY MACK ORR
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2018 ..::bestyjek::..