reklama  
 
  play  
Wtorek, 13 Listopada w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI : JOE BONAMASSA - REDEMPTION (2018)



NOWOŚCI : BETH HART - FRONT AND CENTER (Live From New York) (2018)



NOWOŚCI : DAVE MATTHEVS BAND - COME TOMORROW [2018]



NOWOŚCI : BUDDY GUY - [2018] - THE BLUES IS ALIVE AND WELL



Bluesdelta
  Aktualnie: "Leadbelly (Huddie Ledbetter) - Absolutely The Bes - Looky, Looky Yonder/Black Bett"
jazz
  Aktualnie: "Billy Cobham`s Glass Menagerie - Stratus - AC/DC"
standard
  Aktualnie: "Eric Clapton - Crossroads 2 (Live in the Seventies) (disc 3) - Goin` Down Slow-Ramblin On My Mind"
soul
  Aktualnie: "Sam Cooke - Night Beat - Laughin` and Clownin`"
bluesrock
  Aktualnie: "Widespread Panic - Another Joyous Occasion - Fishwater Reprise"
polskiblues
  Aktualnie: "Leszek Cichonski - Thanks Jimi - Purple Haze"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  reklama  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [3404403]  Wizyt łącznie
 [2619]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [273]  Zarejestrowanych użytkowników
 [1]  Zalogowanych

 [907]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [21]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  artykuły  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
ADOLPHUS BELL, Living Blues No 203, 10/11.2009  
Autor: administrator, 2018-06-15 20:00:42
ADOLPHUS BELL, Living Blues No 203, 10/11.2009

Urodziłem się w Birmingham w Alabamie

by Mark Coltra


Adolphus Bell, jak sam o sobie mówi „najsławniejszy One-Man-Band świata”, wędruje po kraju grając bluesa i soul już blisko cztery dekady. Uzbrojony w gitarę Gibsona, przezwaną „Pawnshop” [‘lombard’, pewnie dlatego, że nieraz tam właśnie ją zastawiał, przyp. red.], bęben basowy, high hat i chropawy, poruszający wokal, a czasem również harmonijkę, Bell pracuje od lat z dala od świateł bluesowej sceny, przemieszczając się wciąż z miasta do miasta swoim starym samochodem. Lokalną sławę zdobył w latach 90-tych występami w Underground Atlanta – centrum handlowo-rozrywkowym miasta w sercu historycznego śródmieścia Atlanty, gdzie zamieszkał na początku lat 80-tych, kiedy znalazł stałą pracę w Delta Air Lines. [Atlanta Underground rozwinęło się w latach 20-tych, kiedy po wybudowaniu betonowych estakad wyniesionych ponad poziom ulic kupcy przenieśli sklepy na drugie piętro, pozostawiając na parterach usługi i magazyny, w 1968 nowy burmistrz miasta otoczył opieką historyczne śródmieście, tworząc pod siecią dróg kipiące życiem centrum handlu i rozrywki, pełne muzyków, wróźbitów, handlarzy, klubów i restauracji, przyp. red]

To właśnie w Atlancie spotkał bluesowych śmiałków i przyszłych kolegów ze studia Music Maker – Daniela „Mudcat” Dudecka i Bevóerly „Guitar” Watkins – ciemnoskórą bluesową gitarzystkę. Po kilku latach owocnych występów krótko po olimpiadzie w 1996 roku Bell zniechęcony rosnącą przestępczością porzucił jednak Atlantę i powrócił do rodzinnego Birmingham. Mieszka tam do dziś dnia.

W 2004 roku Tom Duffy z Hillsborough w Północnej Karolinie zaprosił Bella, by dołączył do grona muzyków wytwórni Music Maker. To właśnie w Music Maker Bell odniósł swe największe sukcesy, wydając w 2005 roku świetny album „One Man Band” i intensywnie podróżując w pojedynkę i wraz z Music Maker Revue po Europie, Ameryce Południowej i Australii. Największą sławę Bell zyskał we Francji, zdobywając serca tłumów na festiwalach w całym kraju, od Cognac po Le Festival du Blues Autour du Zinc. Pisała o nim prasa, sypały się nagrody. Bell niedługo znów zawita do Europy, a póki co pracuje nad kolejną płytą dla Music Maker.

Bell urodził się w Birmingham w Alabamie, 5 czerwca 1944 roku, dwa miesiące po tym, jak jego ojciec zginął w pobliskiej kopalni węgla. Pierwsze lata życia spędził w niewielkim Luverne w Alabamie, 50 mil na południe od Montgomery w południowo-centralnej części stanu,pracując na farmie z matką, bratem i dwiema siostrami. Mając około 12 lat był zmuszony porzucić szkołę, by pomóc utrzymać rodzinę. W 1962 roku matka Bella w poszukiwaniu pracy i lepszej przyszłości dla dzieci przeniosła się wraz z nimi do Pittsburgha w Pennsylvanii.Tam właśnie jako nastolatek Bell zainteresował się muzyką, a zwłaszcza grą na gitarze pod wpływem miejscowego muzyka, o rok od siebie starszego George’a Bensona – przyszłego luminarza jazzu.

„Och, znaliśmy się dobrze, spotykaliśmy się trzy, albo cztery lata. George mieszkał w Pittsburghu. I ja tam mieszkałem – po drugiej stronie miasta. W tych czasach George prowadził zespół jazzowy, a ja bluesowy. Graliśmy w klubach jeden po drugim. Gdzie zagrali oni, tam później graliśmy i my. Czasami zostawał na moich występach, siadał i słuchał. Wpadał też do mnie do domu. Zostawał całą noc i jadł z nami śniadanie, byliśmy dobrymi kumplami.”

„Pamiętam, jak pożyczył mi gitarę. Nie miałem wtedy własnej. Wypożyczył mi ją na dwa tygodnie, a ja trzymałem ją ze trzy. Pozwał mnie o nią do sądu. Stawiłem się z gitarą u sędziego, a ten mnie zapytał „Dlaczego nie oddajesz mu gitary?”, a ja mu na to: „Wysoki sądzie, nie mam własnej, a tak bardzo pragnę grać. Myślałem, że może uda mi się zatrzymać ją choć tydzień dłużej”. No i oddałem George’owi gitarę.”

„Zmotywowało mnie to i wreszcie sprawiłem sobie gitarę. Ćwiczyłem i ćwiczyłem, aż George zaczął mi zazdrościć, tak szybko się rozwijałem. Myślał może, że jeśli zabierze mi gitarę, przystopuję”. „Mój pierwszy zespół nazwałem „Adolphus Bell and The Upstars”. Graliśmy przeważnie w okolicach Pittsburgha. W miejscach takich jak Coraopolis, Beaver Falls, Little Washington, Cannonsburg, Lincoln... było nas pięciu: puzon, trąbka, perkusja, bas i ja z gitarą i wokalem. Mój zespół otwierał występ Bobby’ego Blanda, a ja miałem szansę poznać Jacka McDuffa, Jimmy’ego MCGriffa, Granta Greena, Kenny’ego Burrella i wielu innych wspaniałych jazzmanów. W tamtych latach Pittsburg kwitł i zespoły takiej klasy grały po u nas pięć wieczorów w tygodniu. Stalownie szły pełną parą i w mieście było wiele pieniędzy.

„Po jakiś trzech latach moi chłopcy stali się leniwi i niesłowni. Jedni stracili głowę dla dziewcząt, wiecie jak to jest, muzycy lubią gonić za spódniczkami. Poszedłem więc na swoje – nie mogłem przestać grać, całym sobą pragnąłem nadal zajmować się muzyką. Moja matka bardzo mnie wówczas wspierała. Powiedziała „Nie poddawaj się, nawet jeśli twój zespół nie daje rady. Jeśli pragniesz grać na gitarze, graj w pojedynkę”. Trzy miesiące po jej śmierci zacząłem występować jako one-man-band. „Po śmierci matki siedziałem całymi dniami w swoim pokoju, rozmyślając o życiu, o tym co powinienem zrobić. Chwyciłem za gitarę i zacząłem grać, a obie moje stopy zaczęły poruszać się do rytmu. Coś mnie tknęło: „Spraw sobie bębny!” Pobiegłem na dół do lombardu i wróciłem z bębnem basowym i high hatem, chwyciłem gitarę, postawiłem przed sobą mikrofon i zacząłem grać. Bracie, uwierz mi, zatkało mnie, tak dobrze to brzmiało. Zdjąłem słuchawkę z widełek, przestałem odbierać telefony i przez następne sześć dni siedziałem kamieniem w pokoju grając jak dzień długi. Czułem, że tworzę coś, czego nikt inny przede mną jeszcze nie robił, wiedziałem, że jeśli dam sobie czas i bardzo, bardzo się przyłożę, wymyślę coś całkowicie nowego.

„Po sześciu dniach wyszedłem z pokoju i poszedłem prosto do klubu. Podszedłem do muzyków na scenie i zapytałem, czy mogę się przysiąść i zagrać. „Bracie, nie da rady, padamy ze zmęczenia, trzeba nam chwili przerwy” – odpowiedzieli mi. „Zagram w pojedynkę – odparłem – jestem one-man-band”. Chłopcy uśmiali się, myśleli pewnie, że oszalałem. A ja rozstawiłem bębny i zacząłem grać. Ludzie, którzy dotąd nie pili nalali sobie piwa. A ci którzy pili piwo, skoczyli po whisky. Nie wierzyli własnym oczom. Dwóch chłopaków wstało z krzeseł, podeszło do sceny i nie spuszczało oczu z moich nóg, nie mogli się nadziwić, jak mogę jednocześnie wybijać rytm, grać na gitarze i śpiewać – myśleli, że mam może jakąś automatyczną perkusję. Grałem i grałem, aż w końcu po dwóch kawałkach muzycy z zespołu podeszli i wyciągnęli mi wtyczkę ze wzmacniacza. „Hej, bracie, czas schodzić ze sceny”. Wiedziałem już, że mam coś własnego, coś, co mogę pokazać ludziom”.

Mniej więcej rok po śmierci matki, w 1970 roku Bell przeniósł się wraz z siostrami do nowego domu we Flint w Michigan, gdzie mieszkali już ich krewni. Mieszkał tam jakiś czas, zanim wyruszył na Południe by występować latami jako One-Man-Band.
„Wygrałem na loterii pięćset dolców i sprawiłem sobie za to tanie, używane kombi. Kosztowało mnie dwie i pół setki. Załadowałem sprzęt i trochę rzeczy na zmianę i ruszyłem od miasta do miasta.”
„Dotarłem najpierw do Alabamy. Moja cioteczka nadal tam mieszkała. I kilkoro naszych krewnych. Nie widziałem ich wszystkich lata całe. Odwiedzałem ich więc i zostawałem trzy, cztery dni, albo i cały tydzień, a potem ruszyłem dalej do Mississippi. Zatrzymałem się w małym miasteczku o nazwie Port Gibson. Spędziłem tam kilka miesięcy grając w miejscowych juke-jointach. Później ruszyłem do Luizjany, Kalifornii, Las Vegas i z powrotem na Południe. Zakończyłem podróż w Atlancie, w Underground. Underground kwitło w latach 70-tych, ale brakowało tam jeszcze ulicznych występów, muzyki można było posłuchać jedynie w klubach.”

„Zanim zacząłem występować w Underground, pracowałem na lotnisku, ładując żywność na pokłady samolotów. Musiałem zrezygnować z muzyki na jakiś czas. Nie zrezygnowałem całkiem, ale na jakiś czas trzeba było dać sobie z nią spokój, żeby jakoś związać koniec z końcem. Czasem tak trzeba, by przetrwać. Musiałem zastawić gitarę w lombardzie, by opłacić pokój, zanim nie przyszedł pierwszy czek od linii lotnicznych”

„Pewnego dnia usłyszałem w radio, że poszukują muzyków, którzy występowaliby na ulicach. Zapisałem sobie numer i poszedłem do studia. Wystarczyło, że zagrałem im dwa kawałki – pokochali mnie od pierwszego wejrzenia. Od kiedy zatrudnili mnie w Underground nie musiałem już więcej pracować, mogłem tylko grać. Nie płacili muzykom, ale pozwalali nam zatrzymywać miedziaki, jakie rzucali nam ludzie. Tam właśnie poznałem Mudcata [Daniela Dudecka] – Mudcat grał na ulicach Underground, grała tam też Beverly „Guitar” Watkins i wielu innych artystów.

„W tamtych czasach Underground pełne było ludzi – dopiero co otworzyli nowe centrum. Wyznaczyli mi miejsce, a ludzie ściągali tłumnie, żeby mnie słuchać. Mówię wam, zarabiałem tyle, że aż strach. Musieli ustawić przy mnie dwóch ochroniarzy, żeby mnie chronili, taki tłum tam się gromadził. Grywałem tam w czwartki, piątki, sobory i czasem także w niedzielne wieczory. Ale tłum był największy w czwartki, piątki i soboty. Zostałem w Atlancie jakieś trzy lata. To była porządna praca. Zarabiałem siedemset, osiemset dolarów tygodniowo. Nie musiałem się martwić, co będę jeść w przyszłym tygodniu.

„Lubiłem Atlantę, bo zaangażowałem się tam w wiele spraw, działałem między innymi w Ruchu Praw Obywatelskich i innych jemu podobnych. „Kiedyś pokazywali w telewizji jak źle traktuje się czarnych, chciałem pomóc, dołożyć i własną cegiełkę, poszedłem więc do szefa SCLC, Hosea Williamsa i wyjaśniłem mu, że jestem muzykiem. Słyszał o mnie. Powiedziałem mu, że chciałbym dać kilka koncertów, które pomogłyby organizacji. „Powiem ci, co powinieneś zrobić – odparł – chcę, żebyś dla nas zagrał na wiecu, przyciągnął młodych ludzi, a ja wyjdę i do nich przemówię”. Wyszedł do nich i przemawiał, mówił im jak mają postąpić, kiedy przyjdzie policja, kazał by wtedy wszyscy uklękli. A jeśli będą mieli problemy, jeśli będą musieli zamykać swoje firmy z powodu dyskryminacji, wyjdzie z nimi na ulicę, wezmą transparenty i będą pikietować sklepy.

„Dr King powiedział, że każdy człowiek winien być gotów na śmierć za swoje przekonania. Jeśli wiemy, że demonstrujemy w słusznej sprawie, nie będziemy się lękać śmierci. Pewnie, czuliśmy lęk na widok policjantów, klękaliśmy, a oni czasem bili nas pałkami, a czasem odchodzili. Tak to już jest, że każda ludzka istota lęka się przemocy, ale my czuliśmy, że bronimy słusznej sprawy i to dawało nam siłę i wolę trwania, nawet jeśli groziłoby nam za to więzienie. Cóż z tego jeśli nas zamkną, kiedyś wyjdziemy, a nasze dzieci będą żyły w lepszym świecie.”

„Poszedłem kiedyś do parku i zagrałem koncert, przyszło mnie słuchać wielu ludzi, zebrałem tego dnia chyba czterysta dolców. Policjanci stali obok i pilnowali mnie. W następny piątek znowu tam wróciłem – zawsze grałem w piątkowe popołudnia, bo wówczas miasto pełne było ludzi biznesu. Tego właśnie dnia w parku była telewizja. Zagrałem może cztery albo pięć piosenek, kiedy podjechało z pięć policyjnych wozów. Zabrali mi instrumenty i powiedzieli, że jestem aresztowany za granie bez zezwolenia. Wpakowali mój sprzęt do vana, a mnie do wozu. Dostałem się na czołówki gazet. A w tym czasie burmiastrzem był Maynard Jackson. Kiedy wsadzili mnie do aresztu, wielu ludzi biznesu zadzwoniło do ratusza. A w telewizji nadawali „One-Man-Band uwięziony! Nie zaśpiewa już dla nas” W Atlanta Journal Constitution pisali o mnie na pierwszej stronie. Ludzie zaczęli dzwonić do ratusza, żadąjąc wypuszczenia mnie na wolność.

„Przyszedł do mnie prawnik i wyciągnął mnie z aresztu za kaucją, a w poniedziałek stawił się ze mną przed sądem. Istniało ponoć prawo, które od lat 30-tych zabraniało mi grać w parkach, ale prawnik tak nagiął przepisy, że sędzia oddalił pozew. „Oddalam ten pozew – powiedział – wypuście tego człowieka. I więcej nie przychodźcie do mnie z takimi śmieciami.” Tak właśnie powiedział. Strażnicy mieli moją gitarę, bębny, moje pieniądze. Wszystko mi zwrócili, i sprzęt i pieniądze, a sam burmistrz pojawił się w wiadomościach i nakazał policji by odtąd trzymała się daleko ode mnie. Mogłem odtąd grać w każdym parku, w którym tylko chciałem. Dzięki mnie i inni artyści mogli odtąd grać w parkach. O tak, stałem się w Atlancie legendą, dobrze mnie tam znają.

„Ale sam Underground podupadł. Pod koniec mojego pobytu w Atlancie zaczęły się rabunki, ludzi okradali na ulicy, turystów nachodzili żebracy, ochrona nie reagowała na czas i ludzie zaczęli bać się tam przychodzić. Nie ma co ich za to winić. Opuściłem Atlantę zaraz po olimpiadzie. W czasie igrzysk zarobiłem masę pieniędzy, na ulicach było rojno jak w ulu. Tak samo tłoczno było kiedy wybuchła bomba [mowa o tragicznym zamachu w Parku Olimpijskim w 1996 roku]. Po Olimpiadzie spakowałem się i wróciłem do Birmingham. Chciałem wrócić do miasta w którym się urodziłem. Miałem tam krewniaków, siostrę, brata, tam urodziłem się ja, moja matka, mój ojciec, tam tkwią moje korzenie. Tak więc wróciłem do Birmingham i zacząłem dorywczo pracować”.

Minęło kilka lat, a choć Bell wyjechał z Atlanty nie zapomniano o nim. Stary przyjaciel Bella z Underground, Daniel „Mudcat” Dudeck opowiedział o nim w 2004 roku Timowi Duffy z Music Maker Relief Foundation.
„Mudcat zadzwonił do Tima Duffy i opowiedział mu o mnie. A Tim zaprosił mnie na King Biscuit Festival w Helena. Zgodziłem się przyjechać, a Tim przysłał mi zaliczkę. Po występie Tim złapał mnie pod sceną, by podpisać ze mną kontrakt.
Nie mogłem w to uwierzyć. Ale Tim dał mi swój numer telefonu, żebym mógł zadzwonić i upewnić się, że nie żartował. Ucieszyłem się ogromnie z tej propozycji, pomyślcie tylko, Tim nigdy wcześniej mnie nie słyszał, a wysłał mi połowę pieniędzy, zanim jeszcze postawiłem nogę na scenie.”

„Byłem w Turcji, Australii, Szwajcarii, Francji, Argentynie, Kostaryce – Music Maker wysyłał mnie w rozmaite miejsca, o których wcześniej nawet nie śniłem. Ale co ci pisane, cię nie ominie. Nie ważne ilu ludzi będzie starało się ci w tym przeszkodzić. Kiedy już dobry Bóg ci coś przeznaczył, nie umknie ci to. Tak właśnie i ze mną było.
„Tim przyszedł do mnie jakieś trzy tygodnie temu, żeby zrobić ze mną DVD i powiedział mi, żebym szykował się do wydania następnego albumu w październiku, więc pracuję nad piosenkami. Mam w zanadrzu kilka dobrych kawałków. Mam i z pięć całkiem nowych. Dopiero co je napisałem. Mam jedną o „Pawnshop”, inną, którą nazwałem „I Was Born In Birmingham, Alabama”, napisałem też piosenkę o tym, jaki jestem zmęczony widokiem kobiet w spodniach... jestem mężczyzną i dobrze wiem, co kręci innych mężczyzn. Kiedy ulicą idzie kobieta w sukience albo spódniczce, wygląda o wiele bardziej kobieco, a mężczyźni bardziej ją respektują. Tak, dopiero w sukience kobieta wygląda prawdziwie kobieco. A kiedy dziewczyny noszą wciąż tylko spodnie i spodnie, w moim mniemaniu czegoś im ubywa, coś tracą – tracą swoją kobiecość. Napisałem o tym piosenkę, dobrze oddaje, co czuję. Zagrałem ją kilku chłopakom, spodobała im się, poganiają mnie teraz „Bracie pospiesz się i daj mi znać kiedy wydasz płytę, bo chcę ją kupić!” Chłopcy czują to samo co ja, wiecie? Myślę, że dzięki niej więcej kobiet zacznie nosić sukienki.”

„Mam przewagę nad wieloma innymi artystami. Cały mój zespół mam zawsze przy sobie. Kiedy ja gram - i zespół gra. Zatrudniają mnie chętniej niż czterech czy pięciu ludzi. To łaska boska, że mam właśnie one-man-band.”
„Lubię też od czasu do czasu wystąpić z prawdziwym zespołem, nie powiem. Oczywiście jeśli mam grać z dobrymi muzykami. Wiem jaki ważny jest dobry perkusista. Jeśli przesadzisz i zagrasz zbyt wiele, cała słodycz bluesa przepadnie. Tak będzie, jeśli nie zagra się go jak trzeba. Bluesa trzeba grać prosto. Wielu młodych perkusistów nie pojmuje, że do bluesa trzeba właściwego beatu. Ani rocka, ani popu. Kiedy masz dobrego perkusistę i dobrego basistę będziecie brzmieć dobrze, nawet kiedy tobie powinie się noga.”

„Mamy tu w okolicy miejsce, gdzie występuję każdego tygodnia. Małą knajpkę z barbecue – Moe’s Barbecue – kiedy nie gram, sprzedaję tam płyty. Czasem wychodzę przed sklep, siadam na stołku wykładam płyty i trochę gram. Sprzedaję dziesięć, piętnaście płyt i już mam trochę grosza w kieszeni.

tłum. by ingeborg

http://www.livingblues.com
foto:http://www.mystorymyroots.com
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2018-11-13
52 lat temu...
1966.11.13 W Chicago zmarł Washboard Sam, jeden ze współtwórców chicagowskiego bluesa. Przeżył 56 lat.

76 lat temu...
1942.11.13 W Nowym Jorku urodził się John Paul Hammond, wokalista, gitarzysta i harmonijkarz, jeden z największych białych popularyzatorów country bluesa.
 
  reklama  
 
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2018 ..::bestyjek::..