reklama  
 
  play  
Wtorek, 25 Września w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
 28-29.09.2018 RAWA BLUES FESTIVAL 
NOWOŚCI : Joe Bonamassa - British Blues Explosion Live (2018)



NOWOŚCI : Chick Corea - [2018] - Chinese Butterfly



NOWOŚCI : Shemekia Copeland - [2018] - America’s Child



NOWOŚCI : Buddy Guy - [2018] - The Blues Is Alive And Well



Bluesdelta
  Aktualnie: "Leadbelly (Huddie Ledbetter) - Absolutely The Bes - Looky, Looky Yonder/Black Bett"
jazz
  Aktualnie: "Jaco Pastorius - Pastorius Brian Melvin - Jazz Street - May Day"
standard
  Aktualnie: "Tomcat Courtney - Downsville Blues - I Wonder"
soul
  Aktualnie: "Otis Redding - Dictionary Of Soul - Ton Of Joy"
bluesrock
  Aktualnie: "John Mayer - Heavier Things - Something`s Missing"
polskiblues
  Aktualnie: "j.j. band - good day for the blues - 12 guitar&harp"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [3242402]  Wizyt łącznie
 [850]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [272]  Zarejestrowanych użytkowników
 [1]  Zalogowanych

 [907]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [21]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  artykuły  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
BLACK AND WHITE BLUES  
Autor: administrator, 2010-02-13 00:09:35
BLACK AND WHITE BLUES

by Violet Turner

Byłam jeszcze bardzo młoda, kiedy zobaczyłam Dianę Ross, grającą rolę Billie Holiday w ''Lady Sings the Blues” i choć samego filmu już nie pamiętam, muzyka wywarła na mnie niezatarte wrażenie. Minęło dwadzieścia pięć lat, a ja nadal mogłabym zanucić z pamięci melodie ze starego longplay’a Billie. Może właśnie ta płyta sprawiła, że razem z moimi córkami wybrałam się w podróż po Mississippi.

Wyruszyłyśmy z Memphis do Nowego Orleanu, przez Oxford, Tutwiler, Clarksdale, Ita Bena, Greenville i Vicksburg, przemierzając pola bawełny i na wpół opuszczone miasteczka, w których narodził się blues. Nie spieszyło nam się, ważne były nie przebyte mile, ale życie, którego doświadczałyśmy. Mississippi zazdrośnie strzeże swoich tajemnic. Ten, kto spodziewa się, że wystarczy przekroczyć granice stanu, by poznać ducha tego miejsca srodze się zawiedzie. Naszą podróż długo planowałam, studiując biografie bluesmanów i szukając informacji w sieci. Musiałam też przekonać moje córki, że Delta to wymarzone miejsce na spędzenie wakacji.

Wiele razy będę musiała jeszcze powracać w te strony, by zrozumieć Mississippi, ale nawet nasza krótka podróż nauczyła mnie wiele o kraju, do którego przed laty przybyli w Włoch moi rodzice.

W Mississippi czas stanął. Wiele miasteczek nie zmieniło się przez ostatnie pół wieku, wydaje się jakby dopiero niedawno skończyła się tu Wojna Secesyjna. Nawet język jest tu inny, soczysty, bogaty, wolny od książkowych naleciałości i gramatycznych reguł. Osiem godzin, które spędziłam słuchając opowieści Marka Bella i Davida Caldwella, były chyba najpełniejszymi w moim życiu. Nigdy nie znużą mnie opowieści Południowców, ani ich barwny, pełen humoru styl. Otwartością i radością życia przypominają mi moich włoskich dziadków. Ludzie tu są bezpretensjonalni, hojni i szczerzy.

W mojej opowieści skupię się na części Mississippi znanej jako Delta, choć z prawdziwą deltą teren ten nie ma nic wspólnego i na jej mieszkańcach, wędrownych robotnikach, którzy podróżują w górę i w dół Rzeki, rozprawiając o wierze i whisky, przebiegłych kobietach i podstępnych mężczyznach, bluesowych nutach, nadziejach i smutkach.

Zanim wyruszyłyśmy do Mississippi czekała nas krótka, ale ekscytująca wizyta w Memphis. Dzień zaczęłyśmy od niedzielnego nabożeństwa w parafii wielebnego Ala Greena. Chwaliłyśmy Pana, kołysałyśmy się razem z chórem, pławiłyśmy w łasce i chwale kongregacji, a później pokrzepione na duchu wybrałyśmy się na lunch do Miss Ellen. Jej bar to niewielka restauracyjka, gdzie za pięć dolarów serwują pożywne, południowe dania i różową lemoniadę, słodką jak melasa. Późnym popołudniem odwiedziłyśmy studio Sun, którego szef, Mark Bell zachwycił nas opowieściami o dawnym Memphis i ogromną wiedzą muzyczną. Trudno nam było opuszczać miasto, ale czas było w drogę, do Nesbit.

Najsławniejszym mieszkańcem Nesbit jest nie kto inny, jak Jerry Lee Lewis. W miasteczku można zwiedzać jego dom. Jerry Lee Lewis mieszka w nim nadal, i kiedy zwiedzaliśmy dom, nasza przewodniczka ostrzegła nas “Bądźmy cicho, Jerry śpi w swojej sypialni”. Towarzyszyła nam zbieranina niesfornych kundli. „To rodzinne klejnoty – śmiała się przewodniczka – ten tutaj to Diament, a tamten – Rubin, imienia tego trzeciego całkiem zapomniałam”. W garażu Jerry’ego można obejrzeć wszystkie jego auta, stoją tu nawet wiekowe wraki z wytartymi siedzeniami, noszącymi ślady niedopałków. W basenie o kształcie fortepianu kołyszą się dmuchane zabawki. „Chłopcy bawili się tu dziś rano – przeprasza nas przewodniczka – powinnam po nich posprzątać”. Na zapuszczonym podwórzu rośnie skąpa trawa. „To nie Graceland – usprawiedliwia się Arlene – Jerry tu pracuje, to zwykły dom”. „Sam wyszykował ten dom – dodaje z dumą – spójrzcie na ten kredens. Jerry uwielbia prezenty od fanów. Jeden z nich zbudował go w więzieniu z zapałek i pomalował na złoto spray’em.”

Kiedy późnym popołudniem wyruszałyśmy do Tutwiler było prano, a z nieba lał się obezwładniający żar. Czarni chłopcy flirtowali z kobietami na targu, a przy pustym stoisku z kurczakami z rożna przysypiał na krześle starszy mężczyzna. Nad jego głową trzepotał na wietrze napis „Wielkie otwarcie!”. Ulice przemierzał niespiesznie policyjny wóz.

Mnie samą najbardziej chyba oczarował staromodny zakład pogrzebowy przy głównej ulicy. Pod budyneczkiem z czerwonej cegły stały dwa wiekowe karawany, pokryte czerwonym pyłem Mississippi. Przed zakurzoną wystawą stały dwa plastikowe krzesełka, upchnięte pod pieczołowicie udrapowanymi płóciennymi zasłonami. Szyld wyglądał na ręcznie malowany. Na spękanym asfalcie poniewierał się podarty plakat Clarksdale Blues Festival. Blues był tu w każdej cegle, w każdej drobinie kurzu, wirującej w promieniach zachodzącego słońca.

Za rogiem na murze wymalowany był portret W.C. Handy’ego. To właśnie w Tutwiler na stacji kolejowej wszystko się zaczęło. W.C. Handy spotkał tu czarnego muzyka, grającego slidem na gitarze ''Goin' Where The Southern Cross The Dog.'' „Nigdy nie słyszałem równie przejmującej muzyki” – wspominał po latach. Słowo się rzekło, W.C. sprawił sobie zardzewiały kozik i zaczął nim wodzić po strunach gitary – narodził się blues. Wśród pól za Tutwiler natrafiliśmy na opuszczony kościółek. Mury pokrywały pędy kudzu, a przez łuszczący się tynk prześwitywały zszarzałe deski. W środku stał prostu ołtarz i drewniane ławki. Czuło się obecność Boga. Choć w podłodze brakowało desek, weszłam do środka. Córki przysiadły na trawie przed kościołem i nerwowo spoglądały, jak podłoga ugina się pod moimi stopami.„Wracaj już, mamo!”

Na tyłach kościoła, wśród zarośniętych grobów stoi nagrobek Sonny Boy’a Williamsona II. Na płycie leżą harmonijki i drobne monety, stoją szklanki pełne whisky. Fani przynoszą je tu w hołdzie dla wielkiego bluesmana. Nagrobek Sonny Boy’a jest chyba najbardziej wyszukany spośród znanych mi grobów bluesowych muzyków. Niewiele ma wspólnego z jego prostym, twardym życiem. O ironio, niemal każdy z faktów odnotowanych na kamieniu nagrobnym mija się z prawdą. Kiedy Sonny był młody, wszedł w konflikt z prawem i by uniknąć odpowiedzialności przyjął tożsamość swego brata. Trudno powiedzieć dlaczego na płycie wyryto imię Aleck, a nie Alex, ani dlaczego podano mylną datę urodzenia. Tak, czy owak, pokój jego pamięci.

Kiedy wracaliśmy do Tutwiler, zapadał zmierzch. Na ubitej, nagiej ziemi przed przypominającymi baraki domami pojawiły się wysłużone kanapy i kulawe fotele. Całe rodziny wyległy przed domy by odpocząć po upalnym dniu, w wieczornej ciszy rozbrzmiewały niespieszne rozmowy. Kiedy przejeżdżałyśmy ulicą pozdrawiano nas ciepło. Czułam, jakbym całe moje życie jeździła tą drogą. Tuż przed skrzyżowaniem z główną ulicą miasteczka zauważyłam dom inny niż wszystkie, jakie dotąd widziałam.

Cementowe, bogato zdobione ściany, dach, nawet ogrodzenie z siatki lśniły bielą. Na frontowych schodkach przysiadł masywny ciemnoskóry mężczyzna. Nie nosił koszuli, a ciemna pierś odbijała od białych roboczych spodni. Siedział spokojnie, spoglądając na ulicę. Poczułam, że muszę usłyszeć jego historię. Powitał mnie szerokim uśmiechem i zaprosił na podwórko.

Stał na nim lśniący jak lustro biało-złoty samochód, prawdziwe dzieło sztuki. Każdy cal karoserii pokryty był złoceniami. „Pan jest artystą!” wykrzyknęłam. „Ależ nie. Jestem tylko drwalem”. “To prawdziwa sztuka”. “Nie, proszę pani, to tylko coś, co lubię robić” – opowiedział skromnie. Nie mogłam przekonać Prestona, że jego dom i auto to rzeźby, nie gorsze od tych, które widywałam z Muzeum Sztuki Współczesnej. Dał się jednak namówić na pozowanie do fotografii, pokazał mi też „graty” jakie zbiera z myślą o przyszłych projektach. „Kiedy już skończę, rozbieram wszystko i zaczynam od nowa” – opowiadał.

Opuszczałam Tutwiler, czując, że stałam się bogatsza. W tej krainie wszędzie wokół można znaleźć ukryte skarby.

Holly Springs słynie ze sklepu muzycznego AIKEI PRO'S i Gracelandu. Już ponad 40 lat Paul MacCleoud zbiera pamiątki po Elvisie. Opowiadał o nim zamaszyście gestykulując i poprawiając źle dopasowane sztuczne zęby. Zaczął od tego, jak jego 23-letnia żona postawiła go przed wyborem „Albo te wszystkie graty po Elvisie, albo ja!”. „Cóż – odparłem – w takim razie dowidzenia!” Syna Paula Elvis Aaron Presley MacCleoud dobrze rozumie ojca. Razem doglądają Graceland Too, otwartego 24 godziny na dobę. Próżny trud próbować zrozumieć, co mówi Paul, ale jego entuzjazm i serdeczność wynagradzały z nawiązką niewyraźną mowę. „Nikt nie powinien umierać w 42 roku życia. Żadne dziecko nie powinno chorować na raka. Zbieram datki na dzieci chore na nowotwory” – opowiadał z przejęciem. Zanim odjechaliśmy pokazał mojej córce, jak tańczył Elvis, a później poprosił cicho: „Mój syn jest w Nowym Jorku, pojechał spotkać się z ludźmi z Hard Rock Cafe, a ja nie mogę zostawić domu. Czy byłaby pani tak dobra i kupiła mi butelkę mleka?” Oferował nam pieniądze, ale odmówiłyśmy i dodałyśmy od siebie kilka kanapek. W nagrodę przyjął nas dożywotnio do swego stowarzyszenia.

David Caldwell, nobliwy pan pod siedemdziesiątkę jest właścicielem AIKEI PRO'S. Sklep mieści się w skromnym, przypominającym szopę budynku wciśniętym między rzędy podobnych do niego sklepików. Ulica tętni życiem. Ulicą przechodzi dziewczyna w pomarańczowej, skórzanej mini spódniczce i króciutkim staniczku. Gdy mijają ją auta, kiwa wesoło do znajomych. Z zaparkowanych samochodów dobiega muzyka, a starszy mężczyzna, nazywany Pułkownikiem połyskuje w uśmiechu złotymi zębami i proponuj, że umyje mi auto za pięć dolarów.

Kiedy otwieramy drzwi AIKEI, uderza nas żar. „Sorry, nie mam tu klimatyzacji – przeprasza David Caldwell, zanim się przywitałam - Mam 73 lata, nie wierzę w te nowomodne wynalazki”. Sklep pełen jest po brzegi częściami do radioodbiorników i spiętrzonymi pod sufit płytami, lecz pan Caldwell prześlizguje się między nimi bez trudu. Przybył do Holly Springs zanim jeszcze ktokolwiek słyszał o Ruchu Praw Obywatelskich. Za jego życia liczba czarnych biorących udział w wyborach wzrosła z 14 do 75 procent. Całe życie marzył, by dokonała się ta zmiana. Zapytałam, czy jego życzenie się spełniło.

„O tak – odpowiada z powagą – Nasz szeryf jest czarny, nasz burmistrz też. Wiele się tu zmieniło.” Przerywa na chwilę by sprzedać dwa papierosy. Ćwierć dolara ląduje w blaszanej puszce. „Niech mi pan opowie o bluesie!” proszę.

Pan Caldwell przedziera się niespiesznie przez stosy podniszczonych 45-tek. „Miałem tu gdzieś gramofon, puściłbym ci parę kawałków, ale nigdzie nie mogę do znaleźć. Jeśli ci się nie spodobają, możesz je odesłać, a ja zwrócę ci pieniądze”. Zapewniam go, że z pewnością warte będą tych dwóch dolarów, które za nie chce.

„Ludzie nie szanują bluesmanów, póki nie pomrą – informuje nas pan Caldwell – za to później potrafią godzinami opowiadać, jak to słuchali ich przed laty. To sępy, tak właśnie ich nazywam, nie pomogą im nic a nic, a kiedy już umrą, opowiadają jak to blisko z nimi byli”.

Opowiada z przejęciem, niejeden raz ocierając łzę, o muzykach, którzy odeszli od czasu ostatniego festiwalu w Helena. „A co z Elvisem? – pytam – spotkał go pan kiedyś?”
„O tak – uśmiecha się pan Caldwell – Elvis był gładkim, białym młodzieniaszkiem, który wpadał tu swoim zdezelowanym wozem. To smutne, ale stał się w końcu takim, jakim chcieli widzieć go inni, zamiast jak prawdziwi bluesmani pozostać sobą”.
„A co z Sonny Boy’em Williamsonem II? Co pan o nim myśli?”
„Dobry był z niego muzyk. Wyszedł na ludzi, biali płacili krocie, żeby go posłuchać.”
O Williamie Faulknerze, którego dom stoi w niedalekim Oxfordzie, też ma swoje zdanie: „Nie był złym człowiekiem, ale myślał tylko o jednym, jak napisać o nas i sprzedać to bogatym, białym ludziom”.
Nasza rozmowa dotyka coraz poważniejszych kwestii. Integracji, edukacji, bluesa. „Musisz czuć bluesa, tak jak czują go czarni, by móc go grać” – nie patyczkuje się pan Caldwell.
Przez chwilę czuję, że dałabym radę.

Mark Bell i David Caldwell zapadli głęboko w moją pamięc, może nawet duszę. Tak wiele różnych opinii o tej samej epoce, a każda trafna. Tego lata poza upałem Południa wsiąkły we mnie i ich opowieści.

Mississippi John Hurt pochowany jest w Avalon. Pytam o drogę w Grenadzie. Kobieta zastanawia się chwilę “To chyba tam, gdzie droga nieco się rozszerza”. Ma rację. Ze żwirowego traktu zjeżdżamy na polną dróżkę, a z niej na ledwie widoczną ścieżynę wijącą się wśród zarośli. Wtem, za którymś z kolei zakrętem wyłaniają się groby. Na większości z nich deszcze zatarły napisy na tekturowych tabliczkach. Na tyłach znaleźliśmy grób Hurta. U jego stóp złożone garść monet, łuski po nabojach i wyblakły naszyjnik z koralików. Promienie słońca prześwitują spomiędzy gałęzi, dookoła panuje cisza. Spośród wszystkich grobów jakie odwiedziliśmy tego lata ten jest najtrudniejszy do znalezienia i najbardziej opuszczony. Ale i najcichszy.

Ruszyliśmy dalej do Quito, na południe od Ita Bena, w poszukiwaniu jednego z trzech domniemanych grobów Roberta Johnsona. Gubiliśmy drogę tyle razy, że w końcu zajechałam po radę na stację benzynową. Powitał mnie bezzębny staruszek w słomianym kapeluszu i złotym łańcuchu na szyi. „Jak dojechać do grobu Roberta Johnsona?” – zapytałam. Uśmiechnął się ze zrozumieniem. “Szukacie grobu Bobby’ego? Jedźcie prosto ze dwie mile. Tam właśnie zaczął się blues”.

Kiedy odnalazłam kościół i grób, poczułam rozczarowanie. Taka sława, na grobie nie ma nawet tabliczki. Ale w końcu to tylko jeden z trzech grobów. Nikt nie wie dokładnie, gdzie pochowano Robera Johnsona. Nikt nie wie, jak naprawdę zginął. Otruty przez zazdrosnego męża? Ciekawe, czy naprawdę spotkał diabła na rozstaju dróg. Ponoć w zamian za jego duszę, czart nastroił gitarę tak, że nikt nie dorównał odtąd Johnsonowi talentem. Zbyt wiele pytań, by Bobby mógł wreszcie spocząć w pokoju.

Grób Charley’a Pattona najpełniej chyba odzwierciedla warunki życia dawnych bluesmanów. Choć Patton zmarł pod koniec lat 30-tych nagrobek ufundował mu dopiero niedawno John Fogerty. Zarośnięty, opuszczony cmentarz pełen jest wyblakłych sztucznych kwiatów i strzępów papierowych tabliczek. Zmarli spoczywają na tyłach blaszanej wiaty, w której dawniej parkowały ciężarówki odziarniarni bawełny. Wychudzony pies waruje jak cerber przy cmentarnej bramie.

Jak daleko tym grobom do przepychu miejsc poczynku Elvisa, czy Faulknera. Nie zgadzają się imiona, nie zgadzają daty, ziemię zaścielają śmieci. Przywołuję z pamięci twarz Caldwella, Prestona, ludzi sprzed sklepu. Mississippi pełne jest duchów. A część z nich nadal żyje.

Naszym następnym przystankiem jest plantacja Dockery. W oczy rzuca mi się wielki napis na frontowej ścianie. Widziałam go tyle razy na zdjęciach. W moich oczach ucieleśnia bluesa. Na poboczu zakurzonej drogi, która przechodzi w wyboisty podjazd, spośród bluszczu wyglądają fundamenty dawnej kantyny. To tu Henry Sloan uczył Pattona grać bluesa. Tu grali Howlin' Wolf, Son House i Robert Johnson. Tu właśnie Charley Patton powiedział młodemu Robertowi Johnsonowi, żeby przestał rzępolić, zanim wszyscy ludzie pouciekają.

Śliczna młoda dziewczyna w sportowym wozie mija mnie z piskiem opon i znika wśród pobliskich pól bawełny. Pewnie spadkobierczyni Dockery’ch. Mój przyjaciel, Ricky Stevens, chodził do szkoły z potomkami i krewnymi Pattona i Popsa Staplesa. Dorastał w samym sercu krainy bluesa. Może więc Ricky pomoże mi zrozumieć bluesa.

„Może szukasz nie tam gdzie trzeba? – radzi – nie próbuj zgłębiać muzyki, ale ludzi, którzy inspirowali muzyków. Tych, wśród których żyli, którzy sprawili, że zostali bluesmanami”.

“Kim są ci ludzie?” “Zwykli ludzie z Delty. Wsłuchaj się w piosenki, a zrozumiesz, że nie opowiadają o politykach, ani bohaterach. To piosenki o zwyczajnym życiu. Blues opowiada o uczuciach, przekłada je nie tylko na słowa, ale na rozumienie muzyki. Bluesa nie da się wyuczyć. Trzeba go poczuć w sobie”.

To prawda, dziś wiem o bluesie więcej, niż kiedykolwiek przedtem. Przemierzyłam moje własne rozstaje i wiem już, że blues jest piękny, ale i pełen bólu, tak jak i całe nasze życie.

tłum. by_ingeborg

Violet Turner uczy w liceum w Long Island i wychowuje sama dwie córki.

http://www.deltablues.net
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2018-09-25
64 lat temu...
1954.09.25 w Siemianowicach Śląskich urodził się Antymos Apostolis, kompozytor i multiinstrumentalista, gitarzysta SBB, Tomasza Stańki .
www.apostolis.pl/

38 lat temu...
1980.09.25 w posiadłości Jimmiego Page'a w Windsorze zmarł John ''Bonzo'' Bonham, perkusista Led Zeppelin.

9 lat temu...
2009.09.25 w Chicago zmarł Alex Randle, świetny wokalista i harmonijkarz chicagowskiego bluesa, znany jako Easy Baby. Miał 75 lat.

82 lat temu...
1936.09.25 w Longwood w Missisipi ur. się Roosevelt ''Booba'' Barnes, elektryczny gitarzysta i wokalista współczesnego Delta bluesa, znany z surowego, prawdziwego brzmienia. Zm. 2.04.1996.
  
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
 2018-09-24 09:30:26
  TINSLEY ELLIS - BLUES NIE ZNA DROGI NA SKRÓTY
 2018-09-09 22:03:04
  ROBERT CRAY GWIAZDĄ TEGOROCZNEGO RAWA BLUES FESTIVAL!
 2018-09-09 11:38:48
  SZKOCKA POEZJA PO ŚLĄSKU NA RAWIE BLUES!
 2018-09-09 11:34:21
  RAWA BLUES – FESTIWAL DLA CAŁYCH RODZIN
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2018 ..::bestyjek::..