reklama  
 
  play  
Poniedziałek, 25 Września w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI, Serwer bluesrock: Doyle Bramhall II - [2016] - Rich Man



RADIO DERF POLECA: Premiera płyty ``Koldfusion`` (Monomotiv + Aleksandra Siemieniuk)



RADIO DERF POLECA: Hard Times - [2016] - Siedem



NOWOŚCI, Serwer bluesrock: Tedeschi Trucks Band - [2016] - Let Me Get By



Bluesdelta
  Aktualnie: "Robert Pete Williams - Santa Fe Blues (Last Recordings) - Cow Bell Mourn"
jazz
  Aktualnie: "Various Artists - Classic Jazz: Jazz Masters - Disc 1 of 2 - Nat King Cole / Don`t Get Around Much Anymore"
standard
  Aktualnie: "Buddy Guy - Live! The Real Deal - I`ve Got My Eyes on You"
soul
  Aktualnie: "Erykah Badu - Mama`s Gun - Penitentiary Philosophy"
bluesrock
  Aktualnie: "Kenny Wayne Shepherd - The Place You`re In - Alive"
polskiblues
  Aktualnie: "Breakout - 01 - Czy zgadniesz"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  reklama  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [2160140]  Wizyt łącznie
 [2071]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [271]  Zarejestrowanych użytkowników
 [0]  Zalogowanych

 [898]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [22]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  artykuły  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
10 pytań do Honeyboya Edwardsa. Blues Access, lato 1998  
Autor: administrator, 2009-02-01 21:12:33
10 pytań do Honeyboya Edwardsa. Blues Access, lato 1998

by Steve Braun

Ma już osiemdziesiąt trzy lata i od dawna nie kroczy ścieżkami, które za młodu prowadziły go tropami bluesa od miasta do miasta, z koncertu na koncert. Dziś David ''Honeyboy'' Edwards tylko kilka razy do roku opuszcza swoje chicagowskie mieszkanie, pakuje Gibsona do sfatygowanego futerału, naznaczonego śladami wielu podróży i wyrusza na Południe, lub jeszcze dalej – do Europy, by zagrać przed publicznością bluesowego festiwalu.
Są bluesmani bogatsi od niego, są i tacy, którzy zaszli wyżej, ale jedynie niewielu ze współczesnych może poszczycić się podobną jemu historią, nikt chyba nie obcował tak blisko z wielkimi postaciami bluesa i nie sięgnął tak głęboko do źródeł tętniącego pierwotną siłą bluesa Delty.

Honeyboy, obok Sona House'a, Williego Browna i Muddy'ego Watersa, jeden z pierwszych bluesmanów, których muzykę nagrał Allan Lomax podczas swojej podróży po Delcie w 1941 i 1942 roku, w minionych latach nagrał niewiele płyt. Nie pociągały go studia nagrań. Był zawsze wolnym duchem, nie zatrzymywał się nigdzie na dłużej, był stale w trasie, podczas gdy jego sławniejsi rówieśnicy wybierali spokojną egzystencję z miastach Północy – Chicago i Detroit.

Jego ścieżki splotły się ze ścieżkami Roberta Johnsona, jednej z najbardziej tajemniczych i nieuchwytnych postaci bluesa. Wędrowali razem po miastach Południa przed dobrych kilka lat pod koniec lat 30-tych. Podobną znajomością może się poszczycić jedynie Robert Lockwood Jr., bluesman z Cleveland, który kształcił się u boku Johnsona, by później towarzyszyć Rice'owi Millerowi (Sonny Boyowi Williamsonowi II). Wspomnienia Edwardsa z lat spędzonych u boku Johnsona, są prawdziwą perłą jego niedawno wydanej autobiografii, ''The World Don't Owe Me Nothing'' (Chicago Review Pres, 1998).

Książka Honeyboya jest darem niebios dla miłośników bluesa, nie tylko ze względu na wspomnienia o Robercie Johnsonie. Edwards był we wczesnej młodości towarzyszem Big Joe Williamsa, popijał canned heat (wątpliwej sławy puszkowane paliwo na bazie denaturatu używane do podgrzewania potraw, a przed mniej wymagających także do sporządzania drinków, przyp. tłum.) z Tommy'm Johnsonem i podróżował do Chicago z młodym Little Walterem. Może dlatego właśnie, że Honeyboy nie zaszedł nigdy tak wysoko, jak B.B. King, czy John Lee Hooker, jego wspomnienia nie są typową opowieścią o ubogim chłopaku z Południa przezwyciężającym przeciwności losu, ale niezafałszowanym obrazem życia bluesmana. Życie Honeyboya niewolne było od mrocznych doświadczeń – rasizmu, ubóstwa i nagłej śmierci, a zdradziecki los stawiał go nie raz o krok od zagłady.

Ale Edwards przetrwał przeciwności dzięki hartowi ducha i wrodzonej pogodzie, jakie i dziś przenikają zarówno jego muzykę, jak i opowieści. Siedzi dziś przede mną na brzeżku łóżka w swoim mieszkaniu, w suterenie na South Side (mieszka tu z córką zmarłego Big Waltera Hortona) i opowiada cierpliwie o swoim długim życiu bluesmana z Delty Missisippi.

Występujesz nadal regularnie w klubach Chicago, bierzesz co roku udział w Chicagowskim Festiwalu Bluesowym. Ale grasz teraz zwykle na North Side. Nie ma już na South Side klubów, w których zwykłeś dawniej grać?

Mnóstwo było kiedyś klubów dookoła. Czasem, kiedy przyjdzie mi ochota idę tam, gdzie kiedyś bywałem. Są tam wciąż moi starzy znajomi. Zachodzimy razem do tawerny pod linią kolejki, pijemy i muzykujemy sobie co nieco. Mówią na tą knajpkę Root Inn. Dziś na South Side nie jest już tak, jak było dawniej. Ludzie przenieśli się na North Side.

Kiedy w 1945 roku przyjechałeś do Chicago z Little Walterem, zostałeś tu niecały rok, a potem nie wracałeś aż do 1956 roku. Walter i wielu innych chłopaków porobiło w tym czasie w Chicago kariery. Dlaczego z nimi nie zostałeś?

Nie odpowiadała mi pogoda na Północy. Za zimno mi tu było. Powiedziałem chłopakom: ''Wracam na Południe''. Walter nie chciał wracać. Poszedł na Halsted Street i znalazł sobie kąt do spania w jakiejś skrzyni. Jak dzień długi chodził po Maxwell Street, a wieczorami owijał się w koc i kładł gdzieś na uboczu, między bezdomnymi. Myślałem, że całkiem postradał zmysły.

Mimo całej tej romantycznej otoczki, jaka narosła wokół wielkich bluesmanów Delty, wielu z nich skończyło na ulicy. W swojej książce wspominasz o spotkaniu z Tommy'm McClennanem (autorem ''Crosscut Saw'' i ''Bottle It Up and Go'') na ulicy Chicago. Co mu się przytrafiło?

Trzymałem się z Tommy'm, kiedy byliśmy mali. Dorastaliśmy w Greenwood, w Mississippi, wieleśmy razem przeszli. Potem nasze drogi się rozeszły i nie widziałem Tommy'ego aż do 1962 roku. Poszedłem raz na róg 22-giej i Frederick, sprzedać jakieś żelastwo w skupie złomu. Nazywali to miejsce Dżunglą, ludzie spali tam na ulicy. Zobaczyłem tam Tommy'ego, pijanego w sztok. Mieszkał wtedy w starej przyczepie. Wysapał z ulgą ''Chłopaki, odnalazłem mojego partnera. Koniec mojej biedy''. Zabrałem go do siebie. Mieszkał u mnie jakieś trzy dni, ani na chwilę nie przestawał pić. Tak naprawdę pić – potrafił wypić sześć, albo i siedem butelek dziennie. Nie wiedziałem, że tak z nim źle. Jak dzień długi prosił mnie ''Bracie, nie zostawiaj mnie''. Nie zostawiałem go. Grał ze mną trochę wieczorami na rogu 45-tej i Indiana, śpiewał parę kawałków. Ale był już wtedy bardzo chory, alkohol go zabijał. Wzięli do szpitala. Wkrótce tam umarł. Powiedzieli, że umarł od picia. Tommy od młodości chorował na gruźlicę. Ale gdyby tyle nie pił, pożyłby dłużej.

Kiedy występujesz, grasz zawsze jakiś kawałek Roberta Johnsona. Co czyniło go tak wyjątkowym?

Wpływ jaki miał na ludzi. Nikt po nim tego nie potrafił, choćby nie wiem, jak dobrze grał. Spojrzałem na niego raz i już to wiedziałem. Spotkałem go na ulicy Greenwood. Była pierwsza po południu, Robert stał z gitarą na ramieniu na Johnson Street, wówczas głównej ulicy miasta. Jakaś kobieta zagadnęła go ''Proszę, niech pan zagra dla mnie Terraplane Blues''. Nie miała pojęcia, że to on go napisał. ''Sam go napisałem, panienko'' odparł Robert. ''Kogóż obchodzi, czyja to piosenka. Zagraj ją, a dam ci dziesiątaka''. No i Robert zagrał. Grał tak, że cała ulica stanęła zasłuchana, ludzie porzucili swoje zajęcia, wstrząsani rytmem bluesa. Kiedy skończył chodnik zasypany był monetami.

Wciąż na nowo spekuluje się o okolicznościach jego śmierci. Ty i Sonny Boy Williamson byliście jedynymi muzykami, którzy grali z nim tej nocy, której został otruty (w juke joincie Three Forks na przedmieściach Greenwood, 13 sierpnia 1938 roku). Przypominasz sobie coś, czego ludzie nie wiedzą?

Myśleliśmy, że wychodzi, że złapać pion. Kiedy przyszliśmy tam w sobotnią noc, koło północy, tłum ludzi go słuchał. Namawiali go ''Zagraj nam jeszcze bluesa!''. Robert jednak powiedział, że nie czuje się dobrze. ''Potrzeba ci jeszcze jednego drinka, stary!' – namawiali. Myśleliśmy, że przesadził z piciem, a on został otruty. Jeden taki przyszedł do klubu i dał kelnerce zatrutą whisky. Podała ją Robertowi. Odprowadzaliśmy do domu w niedzielę, koło piątej rano. Myślałem, że musi się wyspać, nie zaglądałem do niego przez cały następny dzień. Kiedy przyszedłem do niego w środę, czołgał się skręcając z bólu. Dzień później już nie żył. Pochowali go. Myśleliśmy, że stanie na nogi, a on umarł.

Zanim na dobre osiedliłeś się w Chicago, spędziłeś parę lat w Houston. Nie była to typowa droga, jaką obierali bluesmani z Delty.

Tyle wówczas wędrowałem. Mijałem miasto za miastem – Nowy Orlean, Baton Rouge, potem opuściłem Luizjanę i trafiłem do Teksasu. Na pięć lat zatrzymałem się w Houston. Miałem tam czteroosobowy skład. Thunder Smith grał u mnie na pianinie. Miałem chłopca z Meksyku z sksofonem tenorowym i Shorty'ego przy perkusji. Pewnie bym tam został, ale zdarzyło się tak, że jeden dziennikarz przyniósł mi do klubu zdjęcie, na którym grałem z Charlesem Brownem. Wysłałem je bratu na Północy. Zadzwonił do mnie i powiedział ''Honey, musisz do nas przyjechać. Musimy trzymać się razem''. No i pojechałem do Chicago. Był 1956 rok.

Grałeś przez lata z ludźmi tej miary, co Floyd Jones, Johnny Temple, Big Walter Horton. Wszyscy oni pomarli, a kluby w których występowaliście dawno zamknięto. Dobrze ci na North Side, ale czy nie tęsknisz czasem za dawnymi dniami w South Side?

Pewnie. Rozglądasz się i widzisz tych wszystkich ludzi na widowni. Grasz, a oni podchodzą i pytają ''Honey, gdzie będziesz grał?''. I przychodzą, żeby cię posłuchać. Idziesz na koncert, a muzycy zapraszają cię na scenę. Dziś już tak nie ma. Wszędzie tyle jest zazdrości. Nie chcą z tobą grać, boją się, że stracą robotę. Dawniej byliśmy wszyscy braćmi.

Chicago utraciło ostatnimi laty większość swoich sław – odeszli urodzeni w Delcie Junior Wells, Jimmy Rogers, Luther Allison, Fenton Robinson. Przed rokiem zmarł twój stary druh Sunnyland Slim.

To prawda. Odchodzą ostatni z nas. Przyszła na nas pora. Nie mogłem pójść na pogrzeb Juniora, zmogła mnie wtedy grypa. Wierz mi, zbyt wiele było tych pogrzebów. Nie mam już na nie sił. Zbyt boleśnie mnie ranią.

Chicago kipi dziś od muzyków, ale dziś bluesa grają chłopcy urodzeni na Północy, prawie nie ma już wśród nich przybyszy z Południa. Czy wyczuwasz różnicę między ich grą, a brzmieniem twoim i twoich rodaków z Delty?

Większość z wychowanych w mieście chłopaków nie gra już tak, jak my graliśmy. Przywieźliśmy naszą muzykę z Południa. Dziś muzycy znają akordy i melodię, ale większość z nich gra zbyt szybko. Kiedy śpiewają, nie pozwalają słowom wybrzmieć. Blues powinien biec szybko jedynie wtedy, kiedy z wolnego kawałka robisz 'shuffle'. Zdarzają się tu ludzie, którzy potrafią wyhamować, ale mało kto dziś o to dba.

Wróciłeś niedawno z Europy, grałeś na festiwalach bluesowych, jak kraj długi i szeroki. Jaki będzie twój następny krok?

Cóż, sprawiłem sobie nowego Gibsona, muszę się z nim oswoić. Pewnie wybiorę się do Kalifornii, zawitam też na Chicago Blues Festival. Nie podróżuję już tyle, co dawniej, ale wciąż jeszcze ciągnie mnie w świat.

tłum. by_ingeborg
mat. by Bluesbird foto: by Rogelio V. Solis
http://www.bluesaccess.com/

Podziękowania dla red. Cary Wolfsona za zgodę na tłumaczenie artykułów Blues Access dla Radia Derf!
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2017-09-25
63 lat temu...
1954.09.25 w Siemianowicach Śląskich urodził się Antymos Apostolis, kompozytor i multiinstrumentalista, gitarzysta SBB, Tomasza Stańki .
www.apostolis.pl/

37 lat temu...
1980.09.25 w posiadłości Jimmiego Page'a w Windsorze zmarł John ''Bonzo'' Bonham, perkusista Led Zeppelin.

8 lat temu...
2009.09.25 w Chicago zmarł Alex Randle, świetny wokalista i harmonijkarz chicagowskiego bluesa, znany jako Easy Baby. Miał 75 lat.

81 lat temu...
1936.09.25 w Longwood w Missisipi ur. się Roosevelt ''Booba'' Barnes, elektryczny gitarzysta i wokalista współczesnego Delta bluesa, znany z surowego, prawdziwego brzmienia. Zm. 2.04.1996.
  
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
 2017-09-17 21:38:39
  Z RODZINĄ NA RAWA BLUES FESTIVAL
 2017-09-17 21:32:30
  TRAFILIŚMY NA BRYLANT, KTÓRY NAZYWA SIĘ MARCUS KING
 2017-09-07 10:52:48
  ZAWODNIK MMA NA RAWA BLUES FESTIVAL!
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2017 ..::bestyjek::..