reklama  
 
  play  
Sobota, 23 Czerwca w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI : Joe Bonamassa - British Blues Explosion Live (2018)



NOWOŚCI : Chick Corea - [2018] - Chinese Butterfly



NOWOŚCI : Beth Hart & Joe Bonamassy - [2018] - Black Coffee



NOWOŚCI : Martyna Jakubowicz - Zwykły Włóczęga (2018)



Bluesdelta
  Aktualnie: "Rev. Pearly Brown - You`re Gonna Need That Pure Religion - You`re Gonna Need 19 Good By"
jazz
  Aktualnie: "Medeski Scofield Martin&Wood - Out Louder - Tootie Ma Is a Big Fine Thing"
standard
  Aktualnie: "Lil` Ed&The Blues Imperials - Live At Chordon Blue 6-17-00 - 13"
soul
  Aktualnie: "Rufus Thomas - Rufus Thomas Live! - Do The Funky Chicken"
bluesrock
  Aktualnie: "Led Zeppelin - How the West Was Won (Disc 3) - Whole Lotta Love"
polskiblues
  Aktualnie: "Mietek Blues Band - Tribute to the Blues - Trouble Blues"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [2985422]  Wizyt łącznie
 [1021]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [272]  Zarejestrowanych użytkowników
 [0]  Zalogowanych

 [899]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [21]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  artykuły  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
SHAKEY I JA. O CHICAGO I BIG WALTERZE HORTONIE OPOWIADA CHARLIE MUSSELWHITE  
Autor: administrator, 2009-09-15 14:05:26
SHAKEY I JA. O CHICAGO I BIG WALTERZE HORTONIE OPOWIADA CHARLIE MUSSELWHITE. Living Blues. XII 2007

by Charlie Musselwhite


Charlie Musselwhite – urodzony w wyżynnej części stanu Mississippi w 1944 roku, lata dorastania spędził w Memphis, w latach 50-tych epicentrum muzycznej rewolucji. Wyrastał wśród dźwięków rockabilly i rock’n’rolla, ale ciągnęło go do brzmień z przeszłości. Uczył się u takich mistrzów jak Will Shade i Furry Lewis, od których przejął podstawy techniki gry na gitarze i harmonijce. Licząc na znalezienie dobrze płatnej pracy, w wieku 18 lat Charlie wyjechał do Chicago. W mieście panował niepodzielnie wówczas urban blues, w chicagowskich klubach nie milkła muzyka. Grali wówczas Howlin’ Wolf, J.B. Lenoir, Magic Sam, Muddy Waters, Otis Rush, Johnny Shines, Little Walter, Junior Wells, Homesick James i Johnny Young. Chłopiec z Memphis szybko przyłączył się do nich, stając się stałym bywalcem klubów na South i West Side. Akompaniował na harmonijce Big Joe Williamowi, podczas jego występów w Chicago. Opowiada się, że występ Musselwhite’a i Williamsa w barze na North Side, otworzył czarnym bluesmanom podwoje klubów muzycznych tej bogatej dzielnicy. Choć Musselwhite jadąc do Chicago nie marzył nawet o karierze profesjonalnego muzyka, grał z powodzeniem w chicagowskich klubach, aż do wyjazdu do Kalifornii w 1967 roku. Wyrósł na światowej sławy harmonijkarza, zjeździł świat, nagrał ponad trzy tuziny płyt, zdobył sześć nagród Grammy i osiemnaście nagród W.C. Handy. Od 1987 roku skończył z alkoholem. W poniższym artykule Musselwhite wspomina lata spędzone w Chicago i swoją długoletnią przyjaźń z Walterem Hortonem, urodzonym w Mississippi utalentowanym harmonijkarzem, którego gra przydawała blasku i głębi najbardziej znanym utworom złotej ery chicagowskiego bluesa.

by Bill McCulloh


Walter Horton zmarły przed dwudziestoma pięcioma laty w Chicago, był wspaniałym harmonijkarzem i moim wielkim przyjacielem. Był także urodzonym gawędziarzem, i bez względu na to, jak nieprawdopodobna była przytaczana historia, opowiadał ją zawsze z niewzruszoną miną. Pamiętam, jak w 1960 roku rozprawialiśmy o Johnny’m Puleo, harmonijkarzu lilipucie. Puelo i jego Harmonica Gang nie sprzedawali zbyt wielu płyt, a jednak byli powszechnie znani z występów w telewizji. Pokazywano ich w show Eda Sullivana i w rozmaitych innych programach rozrywkowych. Ku mojemu zdziwieniu Walter oświadczył, że to on pierwszy wpadł na pomysł, żeby przyjąć do zespołu karła. Na dodatek sam grał w takiej grupie.
Zapytałem: „Tak? A kim w niej byłeś”
„Karłem” – odparł.
Zapytałem, jak u licha możliwe, żeby mierzący sześć stóp i trzy, albo cztery cale mężczyzna mógł podawać się za karła.
„Kwestia charakteryzacji” odparł mi na to z kamienną twarzą.
Walter przepadał za takimi opowieściami. Myślę, że w ten sposób rekompensował sobie własną nieśmiałość.

Pod względem muzycznym, Walter Horton wywodził się z dawnej szkoły harmonijki. Uczył się gry od Willa Shade’a z Memphis. I tak, jak jego mistrz, o wiele stai wyprzedził współczesnych. Dziś, 25 lat po śmierci Waltera, wielu muzyków dorównuje już Walterowi, w owym czasie w Chicago nie było mu jednak równych. Nawet dziś uważa się go za wirtuoza harmonijki.

W jego najlepszych latach nikt nie potrafił go pokonać. Nawet kiedy był pijany - a był pijany prawie stale - nie słyszałem, żeby zagrał niedbale choć jedną nutę. Tak jak każdy z nas muzyków, miewał wieczory, kiedy grał sporo pustych rifów (choć i tak były to jego własne, osobiste rify, których nie zagrałby nikt poza nim). Za to w dobre noce, och! Grał tak, że nikt nie byłby go w stanie powstrzymać. Grał godzina, za godziną, a jego harmonijka tryskała dźwiękami, jakich nikt dotąd nie słyszał, nawet sam Walter.

Nie było drugiego takiego, jak on.

Usłyszałem o Walterze Hortonie od Willa Shade’a, kiedy byłem jeszcze nastolatkiem z Memphis, na przełomie lat 50 i 60-tych, Już wcześniej słyszałem, jak gra. Znałem faceta, który handlował szafami grającymi, miał w swoim garażu tysiące starych 45-tek, prawie wszystkie single jakie wydał Chess, Checker, VeeJay i wiele innych kompanii płytowych tak mało znanych, że zapomniałem już ich nazw. Słuchałem ich wtedy pasjami. Pośród nich natrafiłem na przykład na świetną solówkę Waltera w „Walking By Myself” Jimmy’ego Rogersa. Nie wiedziałem, że to Walter gra, bo nie był wymieniony na okładce płyty, a w tym czasie nie można było dostać żadnych dyskografii, czy wydawnictw bluesowych, ale wiedziałem, że to piekielnie dobra gra.

Pomimo, że od najmłodszych lat podziwiałem grę Waltera, nie poznałem go osobiście, dopóki nie przyjechałem do Chicago. Przyjechałem na Północ pod koniec 1962 roku, licząc na znalezienie dobrze płatnej posady w fabryce, o której opowiadał mi przyjaciel. Ale przybyłem do Chicago z złym czasie. Była zima, nikt nie chciał przyjąć mnie do pracy. Aż wreszcie, ostatniego dnia, kiedy wydałem już wszystkie oszczędności i nie pozostawało mi nic innego, jak wrócić do Memphis, znalazłem pracę jako kierowca w firmie dezynsekcyjnej. Woziłem faceta, który tępił robactwo. Trudno w to uwierzyć, ale to dzięki tej pracy, otworzyła się przede mną chicagowska scena muzyczna. Jeździliśmy po całym mieście. Na South Side i West Side widziałem na drzwiach klubów plakaty zapowiadające występy gwiazd. Były na nich imiona bohaterów mojej młodości, których słuchałem na starych 45-tkach. Zacząłem zachodzić do klubów bluesowych. Pamiętam wieczór, kiedy pierwsze raz usłyszałem Howlin’ Wolfa. Był wielki na płycie, ale muzyka, którą tego wieczoru usłyszałem, przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Nigdy nie słyszałem muzyki o podobnej mocy.

Oczywiście byłem za młody, żeby bywać w takich miejscach legalnie. Ale chodziłem wtedy w garniturze, umiałem pić i idąc do klubu czułem się w nim, jak w domu. Jeszcze w Memphis często spędzałem wieczory w barach i przyzwyczajony byłem do takiego życia. Muzycy mnie znali i wstawiali się za mną.

Zacząłem też zaglądać na Maxwell Street, wszyscy mówili wtedy o niej „Żydowo”, żeby posiedzieć ze starszymi chłopakami, którzy grali między 14-tą a Newberry – Robertem Nihgthawkiem, Johnem Lee Grandersonem, Big Johnem Wrencherem, Johnny’m Youngiem i innymi.

Myślę, że musiał być rok 1963, kiedy przedstawiono mnie Walterowi Hortonowi. Było to na tyłach sklepu muzycznego Boba Koestera, przy West Grand Avenue. Sunnyland Slim, Johnnie Mae Dunson, Ransom Knowling i inni chłopcy zatrzymali się tam w drodze na występy, a Walter był tego dnia między nimi. Wołali na niego Shakey i tak też mi go przedstawili. Słyszałem o Walterze Hortonie, o Big Walterze, no i o Shakey Jake’u. Pomyślałem, że to ten ostatni. Dopiero później dowiedziałem się, że to na Waltera wołają Shakey i sam zacząłem go tak nazywać.

To samo zresztą przydarzyło mi się z Earlem Hookerem – wszyscy mówili na niego Zeb. A ja nie zorientowałem się, że mowa o Earlu. Z podobnych względów, kiedy zaczynałem karierę w Chicago, wielu ludzi nazywało mnie Paulem. Burzyłem się „Nie mam na imię Paul”, a oni na to „Grasz na harmonijce, prawda? No to masz na imię Paul, chłopie”. „Ależ skąd, jestem Charlie” broniłem się zawzięcie. Wkrótce odkryłem, że w Chicago jest drugi biały chłopak, który gra na harmonijce, Paul Butterfield.

Nie wiem, czy jest tak nadal, ale w tych latach, kiedy przyjechało się do takiego wielkiego miasta, jak Chicago i spotkało kogoś z rodzinnych stron, z Południa, traktowało się go jak brata. Większość bluesmanów w Chicago pochodziło z Południa i kiedy odkryli, że urodziłem się w Mississippi, a dorastałem w Memphis, przyjęli mnie jak swojego. Byłem im bliższy od młodych muzyków z Chicago, byłem swój. Tak to zaprzyjaźniłem się z Shakeyem. Harmonijka zadzierzgnęła między nami więź, ale to nasze korzenie uczyniły z nas przyjaciół na śmierć i życie.
Dziś myśli się inaczej, ale w tych latach pochodzenie z Mississippi uważano w kręgach muzycznych za wielką zaletę. Nie było się czego wstydzić.

Moja znajomość z Shakeyem przerodziła się w trwałą przyjaźń, kiedy Johnny Young zaproponował mi regularne występy w Rose & Kelly Blue Lounge, na rogu 39-tej i Indiana. Shakey często tam zachodził i grał z nami. Charlie West wpadał czasem i śpiewał parę kawałków, Johnny Shines, Floyd Jones i John Brim grali na gitarach. Przychodzili też znakomici harmonijkarze – John Wrencher, Charles Edwards zwany Good Rockin’ Charlesem, Carey Bell i inni, włączając wspaniałego harmonijkarza chromatycznego o imieniu Marshall – zapomniałem niestety jego nazwiska.

Harmonijkarze stawali nieraz ramię w ramię, dzieląc harmonijkę i mikrofon i podając sobie rify. Jeden grał, a po chwili podrzucał harmonijkę i mikrofon drugiemu „Masz, chłopie, graj!”. Kiedy byłeś nowy, sprawdzali cię, czy potrafisz grać, czy się nie ociągasz i nie cyganisz. Ja zdałem ten test śpiewająco, ale zawsze wesoło było popatrzeć na nowego, który dostał się między nas.

W tym czasie Shakey przesiadywał często w Rose&Kelly, po prostu siedział i słuchał. Mieszkałem wtedy za rogiem i Kelly stawiał mi drinki i dawał parę dolarów, żebym przychodził do niego i grał. Siedziałem więc i grałem, aż tu nagle Shakey wstał i przyłączył się do nas. Zagrał tylko jedną nutę, jedną jedyną nutę napęczniałą muzyką, taki był z niego as. Pozamiatał nas wszystkich, mówię wam. Innym razem staliśmy w bramie z butelką - wszyscy wtedy piliśmy – a Shakey zagrał najlepszą solówkę, jaką zdarzyło mi się słyszeć.
Tak to ja i Shakey zaczęliśmy trzymać się razem.

Podczas występów w Rose & Kelly zaprzyjaźniłem się z Frankiem Kirklandem, perkusistą, który grał z Bo Diddleyem we wszystkich jego hitach nagranych dla Checkera w połowie lat 50-tych. Pracował z Youngiem, Shinesem, Homesick Jamesem, J.B. Hutto i innymi - tymi samymi chłopakami, z którymi i ja grałem. Chodziliśmy do tych samych barów. Wiele czasu razem spędzaliśmy. Był przy mnie, kiedy po raz pierwszy i jedyny w życiu wsadzono mnie do paki.

Zdarzyło się to nad ranem, po występie w Rose & Kelly. Frank wziął mnie do kumpla, u którego wypaliliśmy parę skrętów. A potem odprowadził na przystanek autobusu na rogu 39-tej. Siedzieliśmy na ławce, sami jedni na całej ulicy, gadając i czekając na autobus, a ja trzymałem nogi na ławce, bo tak czułem się bardziej cool. Dwóch gliniarzy zatrzymało się przy nas i zapytało, co robię z nogami na publicznej własności. Powiedziałem, że czekam na autobus. Rozgniewali się, kazali Frankowi się zabierać, a mnie wsadzili do paki.

Rano stanąłem przed sądem, a policjant zeznał, ze wyglądałem na odurzonego narkotykami, że wszczynałem piekło i nie pozwalałem nikomu innemu usiąść na ławce. Skazali mnie na trzydzieści dni paki. Nie było żadnego telefonu do adwokata, wsadzili mnie i już. Wszyscy chłopcy jakich spotkałem w areszcie, tak mieli. Może policjanci musieli wyrobić jakąś normę, sam nie wiem.

Ja i Shakey wiele przebywaliśmy razem i ludzie sądzili, że musiałem się wiele od niego nauczyć – to prawda. Ale lekcje, które mi dawał, jeśli w ogóle można je było nazwać lekcjami, były bardzo nieformalne. Zabierał mnie do siebie, siedzieliśmy i żartowaliśmy, popijając whisky. Powiedziałem mu, że chcę się doskonalić w grze na harmonijce. „No to chodź - odpowiedział – pokażę ci, jak się gra”. Czasem szliśmy na South Side, odwiedzając kupli i grając tu i tam. Urządzaliśmy sobie małe jamy w sklepach monopolowych, na ulicy, w domach kumpli. W inne noce, po zamknięciu Rose & Kelly, wydzwanialiśmy do przyjaciół. Shakey budził ludzi, wyrzucał ich z łóżek , żeby im oświadczyć „Musicie posłuchać Charliego. Przyjechał z Mississippi. To swój człowiek”. Kazał mi grać dla nich, a oni cieszyli się i stawiali nam wódkę. A potem graliśmy razem, na dwie harmonijki. Nauczyłem się wiele, po prostu wędrując z Shakeyem. Nauczyłem się od Shakeya gry w tak zwanej czwartej pozycji. Shakey grał w A na harmonijce C. Kiedy poznałem ten chwyt, nie posiadałem się z zachwytu – „Czekajcie, jak powiem o tym Little Walterowi”. Kiedy mu powiedziałem, machnął rękę „To nic takiego, chłopcze. Można grać i w E”. Tak to dowiedziałem się o istnieniu piątej pozycji.

O ile mi wiadomo, ani Little Walter, ani nawet Big Walter nie nagrywali nigdy w czwartej, ani w piątej pozycji, tak że wielu krytyków i innych akademików uważa, że nigdy tak nie grali. Akademicy nie akceptowali mojej gry. „Tak nie gra się bluesa. Te pozycje nie mieszczą się w ramach gatunku” - narzekali. A ja tymczasem nauczyłem się ich od dwóch mistrzów gatunku.

Na przełomie 1965 i 1966 roku Shakey i ja nagrywaliśmy wspólnie dla Vanguard– nagraliśmy jedną z trzech części trzypłytowego albumu wyprodukowanego przez Samuela Chartersa. Pomysł na tą płytę narodził się rok wcześniej, kiedy Charters przyjechał do Chicago z Nowego Jorku. Nagrywał młodą śpiewaczkę z Wisconsin – Tracy Nelson, a ja akompaniowałem jej na harmonijce (nagranie to włączono do pierwszego albumu Tracy,”Deep Are The Roots”. Po pracy Charters miał ochotę odwiedzić parę nowych klubów bluesowych na South Side. W owym czasie ani z radia, ani z gazet nie dowiedziałeś się, gdzie warto pójść, jeśli chciałeś wieczorem posłuchać dobrego grania, musiałeś pytać ludzi. Mieszkałem wtedy na North Side, w okolicy zwanej Starym Miastem, ale znałem prawie każdego, kto w owym czasie występował na South Side, tak, że mogłem służyć Chartersowi za przewodnika po mieście. Parę miesięcy później, pewnie było to w grudniu 1965 roku, Charter zadzwonił do mnie. Powiedział, że wracając z Chicago wpadł na pomysł nagrania duetu harmonijkowego i zaprasza mnie i Shakeya na sesję w starym budynku RCA. Najprawdopodobniej słyszał mnie i Shakeya grających razem, ale nie pamiętam, czy tak było.

W owym czasie przeniosłem się ze Starego Miasta do mieszkania na South Side, blisko Illinois Central i domu Juniora Wellsa. Pracowałem w fabryce i musiałem wziąć dzień wolny, żeby nagrywać dla Chartersa. Było popołudnie, Shakey zapakował swoje harmonijki do skórzanej teczki, a ja wrzuciłem moje do brązowej, papierowej torby. Często wtedy nosiłem harmonijki w torbie po zakupach. Zwykle była w nich chwilę wcześniej butelka czegoś mocniejszego. Jest taka fotografia moja i Shakeya (zrobiona przez żonę Sama, Annę Charters) w studio nagrań. Shakey siedzi na krześle tłumacząc mi coś, a ja klęczę przed nim na podłodze trzymając przy ustach harmonijkę. Wypróbowywałem pewnie, która z moich harmonijek ma najlepszy dźwięk, szykując się do nagrania. Pamiętam, że Shakey pouczał mnie, jak mam zagrać. Mówił coś w stylu: „Słuchaj mnie i trzymaj się mnie, ale nie wychodź przede mnie”. Tak powstała nasza „Rockin’ My Boogie”. Johnny Shines grał na gitarze, Floyd Johnes na basie, Frank Kirkland na perkusji, a my dwaj na harmonijkach. Całość ukazała się na trzeciej płycie w serii Vanguard – Chicago/The Blues/Today!.
Taki był mój wkład w serię, Shakey zagrał w wielu innych kawałkach, towarzysząc Shinesowi i jego zespołowi, no i zespołowi Johnny’ego Younga. Nagrania oddają wiernie głębię jego muzyki.

Sądziłem kiedyś, że Shakey uczył się gry na harmonijce w Memphis, głównie od Willa Shade’a. Powiada się, że miał ledwie 12 lat, kiedy nagrał swoją pierwszą płytę z Shade’s Memphis Jug Band. Shade był jednym z moich mentorów, ale kiedy wspomniałem Shakerowi o tym, że uczył nas obu, zaprzeczył, mówiąc, że nikt nigdy nie uczył go grać, bo po prostu nie musiał się uczyć. Wyznał mi ze śmiertelnie poważną miną, że umiał grać od momentu, kiedy po raz pierwszy ujął w rękę harmonijkę. Ot tak, bez żadnych ćwiczeń. I tylko z szelmowskiego błysku w jego oczach zorientowałem się, że po raz kolejny mnie nabrał.

Ale kto wie? Może tkwi w tej opowieści ziarno prawdy? Johnny Shines twierdzi, że Shakey urodził się już z umiejętnością gry na harmonijce. Shakey opowiadał mi też, że uczył grać zarówno Sonny Boya, jak i Little Waltera. Myślałem, że to kolejna z jego historyjek, ale po latach ludzie potwierdzili, że nie żartował. Może więc tak było. Shakey nagrał piosenkę – myślę, że było to „They Call Me Big Walter” – w której opowiada, jak uczył gry najpierw Sonny Boya, potem Little Waltera, a na końcu Memphis Charliego. Tak właśnie śpiewał. Kawałek o mnie jest prawdziwy, a przynajmniej po części prawdziwy, więc może i reszta nie mija się z prawdą.

Choć Shakey z całą pewnością wywarł na mnie wielki wpływ, trudno w kilku słowach opisać, jaką dokładnie rolę odegrał w mojej edukacji muzycznej. Nie da się powiedzieć po prostu „Nauczyłem się od Shakeya tego–to–a–tego”. Zasymilowałem elementy jego brzmienia, jego frazowania i stosunku do muzyki. Stały się częścią mnie. Nie była to klasyczna edukacja, ale raczej osmoza, nasiąkałem jego muzyką dzień po dniu.

Kiedy spotykaliśmy się ze znajomymi, Shakey opowiadał swoje pocieszne historie. Jedna szczególnie utkwiła mi w pamięci, nie ze względu na treść, bo jej już nie pamiętam, ale dlatego, że pod koniec oboje oberwaliśmy w ucho od Emmy za nasze wybryki. Wszystkie te historie sprawiały wrażenie, że znaliśmy się od dzieciństwa i razem wyrośliśmy. Pamiętajcie, że miałem wtedy ledwie dwadzieścia lat, podczas gdy Walter dobiegał pięćdziesiątki.

Przypominam sobie harmonijkę „Orchester”, produkcji Hohnera. Miała nieco inny dźwięk, i miała grzebień z metalu, czy stali, nie pamiętam już. Ktoś dał mi ją w prezencie, a ja przyniosłem ją Shakeyowi. Jestem pewien, że nigdy nie trzymał takiej w ręku, ale wziął ją, rzucił na nią fachowym okiem i sapnął „No, no, no”. Takie, wiecie, wszystkowiedzące „No, no, no”. Profesor Horton się znalazł! A potem zerknął na otwory i rzekł „Stroiki są z metalu. Odegnij je trochę”. Powiedział to, jakby sam zbudował to cudeńko, znał jego budowę i widział całe setki takich.

Miałem szczęście spędzić z Shakeyem ładny kawałek czasu, nasłuchałem się więc wielu podobnych jego opowieści, zanim wyjechałem z Chicago. Przesiadywaliśmy w klubach bluesowych, u sąsiadów i w monopolowym, bywaliśmy w jego mieszkaniu niedaleko Ross & Kelly, a czasem w pustym mieszkaniu po drugiej stronie korytarza. Na podwórku poniewierał się wrak starego samochodu, i kiedy pogoda sprzyjała, Shakey i jego żona Annie wychodzili i zasiadali w nim, jak na sofie w salonie. Siedzieli tak i spoglądali na przechodniów. Przyjmowali w tym wraku przyjaciół, pogadując sobie i częstując się wódeczką. Lubiłem tam do nich zaglądać.

Byliśmy sobie bardzo bliscy, nie tylko sama muzyka nas łączyła. Nic w tym nie było niezwykłego. Głęboko poważałem Shakeya i dobrze mi było z nim, mimo różnicy wieku. Myślę, że oboje czerpaliśmy wiele radości ze swego towarzystwa. Byliśmy kumplami od kielicha. Byliśmy przyjaciółmi. Shakey i ja spotykaliśmy się wiele razy, po tym jak wyjechałem do Kalifornii. Odwiedzałem go zawsze, kiedy grałem na Wschodzie. Pamiętam, że towarzyszyliśmy sobie na festiwalu w Navy Pier. Shakey siedział ze mną, ktoś nas wtedy sfilmował.

Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziałem Shakeya, ale jestem prawie pewien, że było to przypadkowe spotkanie. Pewnie wpadłem właśnie do Chicago, zajrzałem do klubu, a on tam siedział. Lubiliśmy te nasze spotkania. Spotkaliśmy się też, kiedy Shakey był w trasie z Willie Dixon’s Chicago Blues All Stars. Spotkałem się też z Shakeyem, Dixonem i Sunnyland Slimem w Bostonie, myślę, że było to przy okazji warsztatów jazzowych.

W grudniu 1981 roku, kiedy Shakey umarł, mieszkałem w Richmond w Kalifornii. Nie pamiętam już, kto do mnie zadzwonił powiadamiając o śmierci Shakeya, pamiętam jedynie, jak bardzo przybiła mnie ta wiadomość.
Słyszałem pogłoski, że Shakey zmarł pobity przez swych przybranych synów. Nie spotkałem nigdy żadnego pasierba Shakeya, ani nie słyszałem o nich w czasie, kiedy mieszkałem w Chicago. Ktoś powiedział mi jednak, że przehandlowali jego dobytek, że zabierali pieniądze, które przynosił z występów i bili go, kiedy nie chciał oddać pieniędzy. Podczas jednej takiej szarpaniny dostał ataku serca i to go zabiło. Ale to tylko plotki.

Po latach słyszałem pogłoski, że Shakey na starość postradał zmysły. Wierzcie mi, nie było tak. Był ekscentryczny, to pewne. Ale nie szalony. Przez innych muzyków był uważany za nieprzewidywalnego. Ale zapewniam was, było tak, bo ponosiła go miłości do muzyki, cieszył się grą, nie przywiązując wagi do niczego poza nią. Kiedy miał występ, potrafił urwać się w trakcie i grać dalej na rogu ulicy. Nie pociągała go ani sława, ani fortuna. Taki właśnie był Walter Horton.

tłum. by_ ingeborg

http://www.livingblues.com
Podziękowania dla Piotra Gwizdały za kolejny ciekawy materiał!
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2018-06-23
25 lat temu...
1993.06.23 w Chicago w wieku 64 lat zmarł Otis ''Big Smokey'' Smothers, sławny chicagowski gitarzysta i wokalista, członek zespołu Howlin' Wolfa, starszy brat Little Smokeya Smothersa. Grał m.in. z Muddym Watersem, Williem Dixonem i Freddiem Kingiem.

105 lat temu...
1913.06.23 w Louisville w Kentucky ur. się Helen Humes, sławna śpiewaczka bluesowa i jazzowa, występująca m.in z Countem Basiem i Nat King Colem. Zm. 09.09.1981.

70 lat temu...
1948.06.23 w Nowym Orleanie ur. się Luther Kent, wokalista łączący bluesa z gospel i R&B, dawny wokalista Blood Sweat & Tears.
  
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
 2018-06-15 21:39:32
  RICHARD COUSINS
 2018-06-15 21:37:06
  NA ANTENIE RADIA DERF. MIGHTY MO RODGERS
 2018-06-15 21:25:12
  PERKUSIŚCI MAJĄ GŁOS
 2018-06-15 21:20:56
  DZIERGANIE BLUESA - RASOWE PŁYTY PARAMOUNTA
 2018-06-15 21:18:32
  MARY HURT-WRIGHT DLA RADIA DERF
 2018-06-15 21:09:12
  NA ANTENIE RADIA DERF: LONNIE PITCHFORD
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2018 ..::bestyjek::..