reklama  
 
  play  
Poniedziałek, 22 Stycznia w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI : Blues Bazar - [2017] - Droga Plyta



RADIO DERF POLECA: Premiera płyty ``Koldfusion`` (Monomotiv + Aleksandra Siemieniuk)



RADIO DERF POLECA: Hard Times - [2016] - Siedem







Bluesdelta
  Aktualnie: "Leadbelly - Midnight Special - You Can`t Lose-A Me Cholly"
jazz
  Aktualnie: "Larry Carlton - Larry Carlton plays the sound of Philadelphia - You make me feel brand new"
standard
  Aktualnie: "Stephens Stills - Sweet Home Chicago - A History Of The Blues Part 2 - CD2 - Stephens Stills - Sweet Home Chicago"
soul
  Aktualnie: "Percy Sledge - Shining Through The Rain - Searching For My Love"
bluesrock
  Aktualnie: "Gov`t Mule - Holy Haunted House (Disc 1) - Play With Fire"
polskiblues
  Aktualnie: "Tadeusz Nalepa - 1979-1985 To Moj Blues vol.I - Zasady Gry"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [2486565]  Wizyt łącznie
 [845]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [272]  Zarejestrowanych użytkowników
 [0]  Zalogowanych

 [899]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [21]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  artykuły  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
10 PYTAŃ DO CHARLIEGO MUSSELWHITE’A. Blues Access, zima 1997  
Autor: administrator, 2009-09-16 09:05:51
10 PYTAŃ DO CHARLIEGO MUSSELWHITE’A. Blues Access, zima 1997

Musselwhite o Butterfieldzie, Sonny Boyu, Big Walterze, pierścieniach, hippisach, jodze, „elewator eyebrows” i czerwonej fasoli z ryżem.

by Andrew Cody

Breckenridge w stanie Kolorado. Jest rok 1968, młodziutki hippis wybiera płyty Vanguarda – niezależnej wytwórni promującej muzykę akustyczną. Niewiele wie o muzyce, ale któżby nie kupował winyli Vanguarda, sztandarowej wytwórni dzieci-kwiatów, w końcu jest się hippisem, prawda? Sięga po longplaya Joan Baez, a później waha się pomiędzy nową płytą Peter Paul and Mary, a albumem Charliego Musselwhite’a. Obie płyty reprezentują nurt folk, ale tytuł „Stand back!” i harmonijka (pewnie taka, jak u Dylana) przeważają szalę i winyl Musselwhite’a trafia do plecaka.
Album Baez ma kojące brzmienie, ale „Stand Back!” godzi z siłą huraganu prosto w serce, zrywa okowy poprawności, wywraca do góry nogami moje przeklęcie uporządkowane życie. Chropawy, cierpki, ożywczy South Side Blues na wiele lat spycha w cień inne gatunki muzyki.
Nie będę przeczył, muzyka Dylana jest przyjemna dla ucha, jakże jednak porównać ją z kipiącymi energią, niepowstrzymanymi jak rozpędzony, ryczący silnikami Roadmaster, harmonijkowymi solówkami Charliego Musselwhite’a?

Dziś, dwadzieścia osiem lat później, Musselwhite wciąż żyje i przecina rozrzedzone powietrze dziesięć tysięcy stóp nad ziemią w drodze na festiwal bluesowy w Breckenridge u stóp Peak Nine. Widzowie podnoszą się z miejsc na skalistym grzbiecie narciarskiego stoku, wpijając wzrok w Charliego, który zaciska palce na gryfie Blues Kinga Gibsona, wyciągając na nim wspaniały, slide’owy numer „Rainy Highway” ze swojego najnowszego albumu Rough News. Muzyka tryska spod jego palców, dźwięki gitary płyną ulicami luksusowego kurortu.

Choć Musselwhite urodził się biały, jego dusza jest czarna jak smoła z samego dna piekieł. Czerń to najgłębsza i najbardziej wyrazista, czerń rzadko spotykana.
Smoliście czarną koszulę Charliego przecinają dwie żółte linie, biegnące w dół od kołnierzyka po klamrę od paska, jak pasy na autostradzie.
I choć Charlie przypomina w niej Anioła Piekieł, albo szulera z rzecznego parowca, który bez wahania wpakowałby ci kulkę między oczy, jest jednak z całą pewnością jednym z najżyczliwszych i najbardziej wyrozumiałych ludzi, jakich spotkałem. Znajduje czas dla dzieci i dla fanów (nawet tych nieco męczących w swej gorliwości) i z niezrównaną cierpliwością składa autografy na wszystkim, co mu się podsunie do podpisania.
Siedzimy w loży klubu narciarskiego przy stoliku pokrytym kosztowną skórą, wspartym na stojaku z jelenich rogów. Charlie sączy colę.
Szykuję się do zadania mu dziesięciu pytań. Niektóre z nich nie dają mi spokoju od 1968 roku, inne nasunęły mi się w ciągu ostatnich pięciu minut.

Wybacz, że pytam, ale jak to możliwe, że jeszcze żyjesz?

(Charlie zanosi się śmiechem i opada na oparcie krzesła)
Cóż, mam dopiero 52 lata. Nie oszczędzałem się, święta racja. Żyłem jak bluesman, ktoś mniej odporny ode mnie dawno by umarł. Ja jednak jakoś się uchowałem, a później szczęśliwie się ożeniłem. Henrietta i ja pobraliśmy się w 1981 roku (to trzecie małżeństwo Charliego) i od tego czasu wszystko zaczęło mi się pomyślnie układać. Spotkałem Henriettę dwanaście lat wcześniej. Zna mnie lepiej, niż ja znam siebie. Już od dziewięciu lat nie piję. Jem zdrowo, ćwiczę, biorę witaminy, niedawno zacząłem uprawiać jogę.

Kiedy grasz na harmonijce, poruszasz palcami, jakbyś grał na miniaturowym klarnecie. Ty i Paul Butterfield, w jego wczesnych latach, znani jesteście z przyciskania podczas gry nieistniejących wentyli. Obaj nosicie od lat te same popersowskie fryzury i macie wciąż te wasze słynne „Elevator Eyebrowns”. Co z was u licha za jedni?

Jest gorzej, niż myślisz. Uderzałem kiedyś do żony Paula. Była moją dziewczyną w czasie kiedy nie chodziła z Paulem. Nie dziwiłbym się, gdyby i ona nas ze sobą myliła. Ludzie mylili wciąż mnie i Paula, w czasach kiedy graliśmy w Chicago. Przysięgali potem, że grałem w klubie, gdzie nie postała nawet moja noga.
A to palcowanie? Naprawdę nie mam pojęcia, skąd się bierze. Musi być podświadome. Moje dłonie obejmują w czasie gry instrument, tworząc szczelną przestrzeń między harmonijką a ustami i zmieniając jej brzmienie. Nie uświadamiam sobie tego w czasie gry, w ogóle nie myślę wiele na scenie. Muzyka płynie ze mnie bez udziału woli.
A te nasze „elevator eyebrowns”? Ha, bez nich nie ma prawdziwego harmonijkarza.

Przeniosłeś się z Chicago nad zatokę San Francisco w roku Lata Miłości, kiedy rodził się ruch hippisowski. Mieszkałeś w Haight-Ashbury, mekce dzieci-kwiatów. Byłeś hippisem?

(Śmieje się i okręca na krześle)
Nieeeee. Ale dookoła roiło się od hippisów. Szedłem ulicami Haight-Ashbury w czarnym garniturze i ciemnych okularach, z włosami na żelu, a dookoła wszyscy nosili hinduskie koszule, dzwony, brody i długie włosy. Podchodzili do mnie i mówili „Bracie, wyglądasz dziwnie”.
Myślę jednak, że lubili mój styl, ciągnęło ich do mnie, kiedy już przekonali się, że nie jestem tajniakiem. Prawdę mówiąc, i ja ich lubiłem. I ja, i oni kochaliśmy bluesa. Niezależne radiostacje i hippisowscy DJ-e mogli nadawać wszystko, czego zapragnęli. Blues był w tych latach bardzo popularny, wiele się grało i dobrze na tym zarabiało.

Jaka jest Twoja ulubiona potrawa?

Czewona fasola z ryżem. Mógłbym ją jeść przez cały rok. Przemawia przeze mnie dusza Południowca. (Musselwhite przyszedł na świat w Kościuszko, w stanie Mississippi).

A te Twoje pierścienie? Znaczą coś szczególnego?

Ten ciężki, z czystego srebra – pewnie to on pierwszy rzuca się w oczy - noszę na pamiątkę przyjaźni z Hell’s Angels. Kiedy mieszkałem w Berkeley w 1979 roku, jeden z ich przywódców ukrywał się w domu mojej dziewczyny. Do dziś przyjaźnię się z Hell’s Angels.
Drugi pierścień dał mi w prezencie ślubnym Gab Butterfield (syn Paula). A ten dostałem od harmonijkarza zwanego Fat Cat (późniejszy Gary Flohr). No, a ten ostatni należał do dziadka mojego przyjaciela, prawdziwego Indianina z plemienia Modoc. Nie wiem, czy coś symbolizują, czy nie, ale to ładne pierścienie, i dostałem je za darmo.

Kiedy czytałem o twojej karierze, zawsze miałem wrażenie, że jakieś bluesowe anioły musiały czuwać nad twoją karierą. Opuściłeś rodzinne Mississippi, przyjechałeś do Memphis i od razu włączyłeś w scenę muzyczną Beal Street. W 1962 roku przeniosłeś się do Chicago, grałeś tam ze wszystkimi, którzy liczyli się w powojennym bluesie, od Muddy’ego do Wolfa, mieszkałeś z samym Big Walterem. Na Zachodnie Wybrzeże wybrałeś się akurat w momencie, kiedy rozpoczynał się wielki renesans bluesa. Masz fenomenalne wyczucie - gdybyś zamiast bluesem parał się finansami, byłbyś dziś multimilionerem. Jak to się dzieje, powiedz?

Kiedy byłem dzieciakiem, nie śniło mi się nawet, że będę kiedyś profesjonalnym muzykiem. Beale Street, Will Shade i Memphis Jug Band to czysty łut szczęścia. Do Chicago pojechałem szukać pracy. Mówili mi, że na Północy lepiej płacą. Nie zrobiłem tego dla kariery, któż zresztą w tych latach mógł wiedzieć, że z bluesa da się kiedykolwiek wyżyć? Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak znaczący wpływ wywierają Muddy, Walter i Howlin’ Wolf na amerykańską muzykę. Kiedy zorientowałem się, co się dzieje, byłem już we wszystkich gazetach, a moje płyty sprzedawano w całym kraju. Uradowało mnie to, nie powiem, ale nie przestałem się dalej uczyć.

Słyszałem, że Big Walter dawał lekcje harmonijki Sonny Boy’owi Williamsonowi II. Byliście z Big Walterem kumplami, jak myślisz, była to prawda?

Walter często wspominał o dawaniu lekcji Williamsonowi. Wielu znajomych bluesmanów mi o tym opowiadało. Dlaczego nie zapytałem o to samego Williamsona? Powiem wam coś, Sonny Boy Williamson roztaczał wokół taką aurę, że od razu się czuło, że pytanie go o to, czy brał kiedykolwiek lekcje od kogokolwiek – a już szczególnie lekcje harmonijki – byłoby niewybaczalnym błędem.

Opowiesz mi o Sonny Boyu?

Pewnie, opowiem ci taką jedną niepoprawną politycznie historię. Mógłbym opowiedzieć Ci coś bardziej poprawnego, ale sam mnie sprowokowałeś. Jest taka jedna historia o Sonnym, której nigdy nie zapomnę. Pewnie wiesz, że Sonny miał zwyczaj schodzić ze sceny i grać na harmonijce między ludźmi, jak robił to Albert Collins. Sonny Boy był niepoprawnym kobieciarzem. Było to w Curly’s Twist City, na West Side. Na widowni stała śliczna dziewczyna w eleganckiej sukience. Sonny Boy też bardzo dbał o wygląd, nie wychodził z domu bez garnituru. Dziewczyna wpadła mu z miejsca w oko. Zaśpiewał „Sonny Boy czuje słodką woń, skądże ona może się unosić?”, a potem skoczył w tłum. Widzowie szaleli, a on przedzierał się przez tłum, śpiewając „Gdzie się ukrywa ta ślicznotka, która zawróciła w głowie Sonny’emu?”. W końcu dotarł do dziewczyny i padł przed nią na kolana. I ona nie pozostała mu dłużna. Sonny Boy śpiewał, krew w żyłach grała, temperatura rosła, a tłum szalał z radości. A potem pieśń się urwała. Klub o mało nie eksplodował. O tak, nikt tak jak Sonny Boy nie potrafił rozpalić tłumu.

Jak Ci się udało zerwać z alkoholem?

Piłem dwa litry ginu albo burbona dziennie. Byłem chory od picia, i chory na picie. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem uzależniony. Zacząłem szukać drogi wyjścia. Zacząłem pić Chablis, wydawało mi się mniej szkodliwe. Brałem witaminy. Ćwiczyłem, żeby utrzymać kondycję. Niewiele to jednak pomagało.
Aż pewnego dnia, jadąc do pracy, usłyszałem o małej Jennifer McClure z Texasu, która wpadła do studni. Siedząc sama jedna w dole, w głębokiej ciemności, nuciła kołysanki, żeby odpędzić lęk. Pomyślałem sobie „Musselwhite, oto, co uczynisz. Będziesz się modlił o ratunek dla tej małej i nie wypijesz ani kropli, póki jej nie wyciągną”. Dziecko wydostało się ze studni, a ja z nałogu.

Opowiedz mi o swoim najbardziej osobliwym występie.

Zaprosili mnie na występy do Niemiec. Na miejscu dali mi pianistę i saksofonistę – niezła kombinacja. Przygrywaliśmy starszym paniom do herbatki. Ani jedna nie miała pojęcia o bluesie. Mieliśmy niezły ubaw.

A teraz coś dla fanów harmonijki: na jakim sprzęcie grasz?

Gram na harmonijkach Lee Oskar. Używa ich większość harmonijkarzy, których znam. Harmonijki chromatyczne kupuję w Brazylii, w Hering Harmonicas, są najlepsze i najtańsze, kosztują zaledwie pięćdziesiąt dolców. A jeśli chodzi o mój sprzęt, cóż harmonijkarze mogą być zawiedzeni. Gram przez PA, używając domowego mikrofonu, zwykle jest to mikrofon wokalny, w rodzaju Shure Dynamic Model 57 lub 58. Nie zabieram ze sobą w trasę żadnych specjalnych wzmacniaczy, ani mikrofonów. Poszukiwałem kiedyś Fender V-Twina z czerwonymi przyciskami. Ale w końcu przerzuciłem się na nowego Harp Breakera, z Mesa Boogie, korzystam teraz z niego na większości koncertów.

Wywiad zakończony, Musselwhite uprzejmie się żegna, wracając do przygotowań do popołudniowego koncertu. Od momentu opuszczenia Zachodniego Wybrzeża spał jedynie cztery godziny i, jak mówi, musi pójść „zawiązać krawat”. Na odchodnym rzuca jeszcze „Muzyka wypala piętno na prywatnym życiu, nie da się od niej umknąć”.

Tłum. by_ingeborg

http://www.bluesaccess.com
foto: http://gaitablog.zip.net
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2018-01-22
110 lat temu...
1908.01.22 W Union w Teksasie ur. się Hammie Nixon, harmonijkarz country-bluesowy, towarzysz Sleepy Johna Estesa. Grał w jug-bandach na kazoo, gitarze i jugu. Zmarł 17.08.1984 r.

87 lat temu...
1931.01.22 ur. się Sam Cooke, gwiazda soulu. Zginął od kuli w wieku 33 lat.

121 lat temu...
1897.01.22 w Brenham w Teksasie ur. się Blind Willie Johnson, jeden z pierwszych i najważniejszych gitarzystów gospel-bluesa, mistrz gitary slide. Zm. 18.09.1945 w wieku 48 lat.
  
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2018 ..::bestyjek::..