reklama  
 
  play  
Poniedziałek, 16 Lipca w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI : Joe Bonamassa - British Blues Explosion Live (2018)



NOWOŚCI : Chick Corea - [2018] - Chinese Butterfly



NOWOŚCI : Beth Hart & Joe Bonamassy - [2018] - Black Coffee



NOWOŚCI : Martyna Jakubowicz - Zwykły Włóczęga (2018)



Bluesdelta
  Aktualnie: "Skip James - Blues from the Delta - Lorenzo Blues"
jazz
  Aktualnie: "Miles Davis - Live At The Fillmore East - It`s About That Time"
standard
  Aktualnie: "R.L. Burnside - The Original Boogie: LIVE - Please Don`t Stay"
soul
  Aktualnie: "Marvin Gaye - The Soulful Moods of Marvin Gaye - You Don`t Know What Love Is"
bluesrock
  Aktualnie: "Jimmy Page&The Black Crowes - Live At The Greek (Disc 1) - Ten Years Gone"
polskiblues
  Aktualnie: "Jan Kyks Skrzek - Nowy wiat Blues - Musimy Synku Std Wyjecha"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [3038954]  Wizyt łącznie
 [346]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [272]  Zarejestrowanych użytkowników
 [0]  Zalogowanych

 [899]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [21]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  artykuły  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
OTIS CLAY: SACRED SOUL CZ.2  
Autor: administrator, 2009-09-15 14:33:21
OTIS CLAY: SACRED SOUL, CZ.2, Living Blues, No. 159, 9/10.2001

by Steve Sharp

Opowiesz o swoich relacjach z O.V. Wrightem? Był w Hi ważną postacią. Uznajesz go za swojego mentora?

Nie. Spotkałem O.V. Wrighta w 1958 roku. Miał już wtedy na koncie przebój gospel „Lazarus”, nagrany z grupą Sunset Travelers z Memphis. Wtedy właśnie go poznałem. Miałem jakieś 16 lat, coś koło tego i mogłem być z rok starszy, albo młodszy od O.V. Byliśmy w podobnym wieku i obaj weszliśmy w gospel. Tak właśnie się poznaliśmy. O.V. zajął się muzyką rozrywkową rok, a może dwa lata wcześniej ode mnie.

Wśród piosenek tego okresu było wiele hitów, prawda?

Praca paliła nam się w rękach, wciąż przychodziły nam do głowy nowe pomysły. Chłopcy wpadali do studia ze swoimi tekstami. W okresie, kiedy pracowałem dla Hi, pisali dla nas George Jackson, Earl Randle i jemu podobni. Mieliśmy z tego pisania mnóstwo radości. Pamiętam noc, kiedy chłopcy przynieśli nam „Trying to Live My Life Without You”. Siedziałem tego dnia w studio od samego rana i zbierałem się właśnie, żeby wrócić do hotelu. W studio zostali tylko George Jackson i Willie Mitchell, zostawiłem ich samych i poszedłem spać. Pamiętam, że papa Willie miał ze sobą ten swój ulubiony żółty kubek. Ledwo zasnąłem, a już budzi mnie telefon. Była pewnie pierwsza w nocy. Podnoszę słuchawkę i słyszę: „Człowieku, wstawaj! Musisz tego posłuchać!”. Przychodzę, środek nocy, Willie siedzi za konsoletą, a George przy pianinie. George ledwo się już skóry trzymał, wiecie, jak to jest. Padał nam na twarz. Tak właśnie powstało to zabawne intro z „Trying to Live My Life Without You”. Czuliśmy się tam, jak w domu, w Mississippi, gdzie nie spojrzysz – swój człowiek. Pięknie było spotykać tych wszystkich ludzi – prostych, bliskich ziemi, a jednak tak bardzo utalentowanych. Mieszkałem w Chicago, ale wciąż tam latałem i jeździłem.

W ostatnich latach, nagrania Memphis’ Hi Records stały się znów popularne. Jak się czujesz, widząc, jak ożywają twoje dawne nagrania?

To wspaniałe, kiedy wiesz, że stworzyłeś ponadczasowy utwór, cieszę się niezmiernie, że znów powracają. Te nagrania się nie starzeją. Jest w nich beat. Jest muzyka. Wracają w sam czas. Ale wiecie, jak to jest ze wznowieniami – nie zawsze są z nich jakieś pieniądze. Kiedyś trzeba było brać prawnika, dopiero wtedy ci płacili, tak się trzeba było zabierać do rzeczy. Inaczej bieda. Teraz jest lepiej. Brytyjski Demon Records wznowił wiele nagrań Hi – moich, Ann Peebles, Ala Greena i reszty. Wydaje je też Right Stuff, wytwórnia Capitolu. Większość kompanii nie uchyla się od płacenia. Ale prawa autorskie to wciąż wielki problem, trudno ustalić, komu się należą, śliska sprawa, mówię wam. Jeden wielki kłopot. Wspaniale słyszeć znów swoją muzykę, ale wciąż wielu ludzi zostaje pokrzywdzonych.

W nagraniach dla Bullseye powracasz do brzmienia znanego z Hi Records.

W moim albumie „I’ll Treat You Right” wracam faktycznie do tego okresu i do podobnej sekcji rytmicznej. Dobre to były czasy, warto do nich sięgnąć. Starałem się więc trzymać tej właśnie formuły.

Pod koniec twojej pracy dla Hi, scenę muzyczną opanowało disco. Co sądzisz o muzyce disco? Kocham muzykę. W każdym gatunku można znaleźć coś dla siebie. Nie wolno się zamykać. Podoba mi się wiele z tego, co dzieje się w disco. Ciemną stroną pojawienia się disco jest fakt, że radio – zwłaszcza stacje zorientowane na czarną muzykę - nadaje jedynie ją. Ludzie z radia nie widzą niczego poza disco. To smutne, ale dla nas nie ma dziś w radio miejsca.

Wielu twoich przyjaciół, między nimi i Tyrone Davis, przerzuciło się na disco.

Dobrze zrobili. Johnnie Taylor sprzedał milion płyt, Tyronowi też dobrze się wiedzie. A jednak tak naprawdę nigdy ich nie zaakceptowano w środowisku. Aż dziw bierze, Johnnie sprzedał milion płyt „Disco Lady”. Tyronowi powiodło się z„Get Up ans Disco”. Widzicie, wszystko teraz ma „disco” w tytule. Tak, słusznie postąpili, ale powiem raz jeszcze, żaden z nich nie jest i nie będzie artystą disco.

Ty sam nie włączyłeś się w nurt disco. Nigdy nie porzuciłeś soulu. Mimo to pojechałeś do Japonii i nagrałeś nową płytę – a wszystko to w czasie, kiedy w najlepsze panowało disco.

Prawda. Bogu za to dziękuję. To nie był dobry czas. W Stanach na rynku był zastój, więc wybraliśmy się do Japonii. Nie planowaliśmy tego, samo przyszło. Ale ludzie w Europie i na Dalekim Wschodzie zawsze mieli dobrze w głowie. Jak mawiają, potrafią żuć gumę i przebierać nogami w jednym czasie. No i stało się.
W tamtym czasie napisałem piosenkę „All Because of Your Love”, czułem, że to pewny hit. A jednak zawiodła promocja, noga mi się powinęła i z hitu wyszły nici. Ciężko to przeżyłem. Pod koniec 1977 i na początku 1978 roku byłem bardzo sfrustrowany. Bezskutecznie próbowałem wydać płytę. W wytwórni zwodzili mnie „Za cztery, pięć miesięcy pogadamy, spiszemy nowy kontrakt, będziesz zadowolony”. Pięć miesięcy minęło, a ja usłyszałem „Daj nam jeszcze pięć, nie jesteśmy jeszcze gotowi na zmiany”. Oburzyłem się „O nie! Tak nie będziecie ze mną postępować”. Wiele jeszcze tego roku się wydarzyło, a w końcu trafiliśmy do Japonii.
Płyty Hi rozchodziły się tam jak świeże bułeczki. A nas artystów z Hi witano jak gwiazdy. Nie mieliśmy pojęcia, że mamy w Japonii tylu fanów. Wcześniej nie myślałem nigdy, żeby tam się wybrać. Jeśli miałbym jechać za morze, wybrałbym Europę. Miałem jeszcze w głowie to, co o Japonii mówiono w czasie Drugiej Wojny. Nie miałem pojęcia, że tak interesują się tam muzyką. Tak więc, kiedy powiedzieli mi, że mam jechać do Japonii, roześmiałem się tylko. Myślałem, że żarty sobie ze mnie stroją. „Pograsz tam przez dwa tygodnie” – powiedzieli. „Jeden! I tylko wtedy, kiedy nie będziemy mieli innych planów” – odparłem. Ależ potem żałowałem, że nie zgodziłem się na dwa. Było wspaniale. Póki nie wyjechaliśmy, myślałem, że wszystko mi się tylko przyśniło. Nie miałem pojęcia, że w Japończycy słuchają muzyki. A potem stanąłem przed nimi, byli wspaniali, nie do wiary, jak oni kochają muzykę. Dobra to była nauczka.

To tam po raz pierwszy towarzyszyła Ci sekcja rytmiczna Hi?

Nie, miałem wówczas inny skład, bardzo dobry zespół. Grali później z samym B.B. Kingiem.

Kiedy wybierasz się do Japonii, spotykasz się nadal z tak wspaniałą reakcją publiczności, jaką widzieliśmy na „Soul Man. Live In Japan”?

O tak. Mam już u nich wyrobioną pozycję. Japończycy przyjeżdżają nieraz na moje koncerty, wpadają mnie odwiedzić, spędzamy razem miłe chwile.

„Live In Japan” to pierwszy Twój album, jakiego słuchałem. Jak sądzisz, czy to nie jeden z Twoich najbardziej udanych koncertów?

O tak, dokładnie tak. „Soul Man: Live In Japan” nagraliśmy w 1983 roku. Występy live zawsze były moją najmocniejszą stroną. To one przesądziły o sukcesie płyty. Wszystkie nasze nagrania live świeciły sukcesy. „Soul Man: Live In Japan” to nasz drugi album live. Wcześniej, w 1978 roku, nagraliśmy inny album live „Live In Japan” – dobry, klasyczny album.

W okresie, kiedy powstawał „Soul Man: Live In Japan” odniosłeś obrażenia w wypadku samochodowym.

O tak, leżałem w szpitalu ładnych parę miesięcy. Potrącili mnie tu, w Chicago. Wracałem do domu z koncertu w Crystal Palace, kiedy na skrzyżowaniu potrącił mnie samochód. Facet przejechał na czerwonym. Byłem tego wieczoru sam w aucie. Pękło mi dziewięć żeber, przedziurawiły mi płuco. Źle było wtedy ze mną, oj źle.

Tak więc wyjazd do Japonii był podwójnym zwycięstwem – udowodniłeś, że nadal możesz porywać tłumy i przezwyciężyłeś chorobę.

Prawda. Kiedy leżysz tak, bliski śmierci, ludzie myślą, że się skończyłeś, że nigdy już nie wystąpisz. Nawet jeśli przeżyjesz, co z tobą będziesz? A ja się pozbierałem i gram.

Nadal cenisz występy w Japonii?

W Japonii odnieśliśmy ogromny sukces. Po raz pierwszy poczułem, jak to jest być prawdziwą gwiazdą. Traktowali mnie tam jak króla, latałem samolotem, grałem w najlepszych salach. Nigdy dotąd w całej mojej karierze nie spotkało mnie tyle dobrego.

Ostatnim razem mówiłeś mi, że od czasu wypadku rozwinąłeś się wokalnie.

To prawda. Takie doświadczenie wiele zmienia.

Czy to nie przeobrażenie duchowe? Mam wrażenie, jakbyś dojrzał jako śpiewak.

Tak właśnie, dojrzałem. A tego co wówczas przeżyłem, nigdy nie zapomnę.

Twoja zdolność godzenia bluesa i gospel budzi podziw.

Przychodzi mi to w naturalny sposób. Muzyka jest moim życiem. Oba kierunki są mi jednakowo bliskie, i – co ważne - zespół je akceptuje. Śpiewam gospel ludziom, którym na co dzień daleko do zainteresowania tym kierunkiem.

Jak sądzisz, czy stoisz dziś u szczytu sławy? To twoje najlepsze lata?

Tak, to wspaniały czas. Im więcej koncertuję, tym silniejszy się staję. Głos, jak sportowiec, wymaga ćwiczeń, by utrzymać formę. Kiedy wyruszasz w trasę i wszystko dobrze się układa, kiedy koncerty przebiegają pomyślnie, czujesz, jak wzbiera w tobie siła.

A kiedy nie koncertujesz, ani nie jesteś w trasie? Co sprawia ci przyjemność w wolnych chwilach?

Nie mam takich, stale jest tyle do zrobienia! Kiedy tylko mam wolną chwilę, myślę już o tym, co nowego powinienem zrobić. Mam tyle planów. Na cóż mi wolny czas.

Jak wygląda twój zwykły dzień?

Spędzam go w pracy. Prowadzę pralnię chemiczną. Zająłem się tym w lutym 1997 roku. Kilku moich znajomych też w to weszło. Wprowadzili mnie do interesu. To dobry biznes. Pozostawia mi czas na granie.

Gdzie mieści się Twoja pralnia. Pozwól, że cię trochę zareklamujemy. Powiedz, gdzie mamy odtąd chodzić, żeby wyczyścić ubrania?

Oddajcie je do K-Town Cleaners, 4245 West Cermak Road. Wszystko pod jednym dachem – pralnia i studio Echo. Wielki budynek! Tam właśnie jest nasza czyszczalnia. Mamy tam i przestrzeń do prób. Nie trzeba daleko chodzić, kiedy przychodzi ci do głowy pomysł.

O której kończysz pracę?

O której? O tej, o której uporam się ze wszystkim. Pracuję, aż skończę, a potem zabieram się za granie. Sporo czasu mi to zajmuje, bo chciałbym wkrótce zamknąć prace nad nowym albumem. Ale przynajmniej coś się dzieje. Było diabelnie ciężko, póki nie zaczęliśmy tego interesu.

Prowadziłeś wcześniej własną firmę?

Nie, nie miałem o tym pojęcia. Po prostu zaczynasz. Inni też kiedyś zaczynali. Tak trzeba.

Myślałeś kiedyś o tym, żeby zrezygnować z bluesa dla gospel?

I jedno i drugie, to muzyka. A muzyka to moje życie. Nie dzielę jej na gatunki. Jeśli jutrzejszego ranka obudzę się i poczuję, że pragnę nagrać album gospel, tak właśnie uczynię. Tak właśnie! Jeśli się zbudzę i wpadnie mi do głowy dobry pomysł, albo ktoś inny przyjdzie do mnie z dobrą piosenką, zaśpiewam ją. Niech będzie, jaka chce. Tak zrobię.

Nie ograniczasz się do jednego kierunku, próbujesz rozmaitych dróg. Czy nie przynosi ci to szkody? Trudno cię zaszufladkować, jesteś bluesmanem, ale i śpiewakiem gospel i soul.

I dlatego właśnie przetrwałem. Mam takie dwa albumy – Bogu niech będą za nie dzięki – które sprzedają się już od dwunastu lat. Jeden to „Live In Japan”, drugi to płyta gospel. Ludzie wciąż je kupują, wciąż na nowo się nimi cieszą. Nie sądzę więc, żeby mi to szkodziło. Najtrudniejsze jest dla mnie dogadywanie się z ludźmi z biznesu muzycznego. Dla mnie istnieje tylko jedna droga. Trzeba być uczciwym, inaczej się nie godzi. A oni lubują się w gierkach. To ludzie mnie sprawiają, że ponoszę szkody, nie moje muzyczne wybory. Możesz nagrać wspaniały album, cóż z tego, kiedy nikt go nie zechce promować. Powiem ci jedno. Kocham muzykę i kocham to co robię. I tego się trzymam. Trzeba robić swoje. Będę dalej robił muzykę, najlepsze wciąż przede mną.

Masz w swoim dorobku jakieś ulubione nagrania?

Wybrałbym „If I Could Reach Out”. Zawsze ogromnie je lubiłem. Kiedy miała się ukazać, obawiałem się, że utracę jakąś część siebie. Włożyłem w nią część mojej własnej duszy, lękałem się ją utracić. To jedna z moich najbardziej osobistych piosenek.

Jak sądzisz, gdzie będziesz za dziesięć lat?

Będę prowadził moje własne studio nagrań, nagrywał innych artystów. Dobry ze mnie producent. Naprawdę. Będę nagrywał, ale, jak już mówiłem, i wydawał nagrania innych muzyków. To zadziała, jestem tego pewny. Mam tyle pomysłów. Przychodzą same, wystarczy usiąść i skupić się całą duszą, na tym, co chce się osiągnąć. To właśnie będę robił!

tłum. by ingeborg

http://www.livingblues.com
foto: http://www.otisclay.net
Podziękowania dla Bluesbirda za materiały!
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2018-07-16
52 lat temu...
1966.07.16 W Londynie powstała grupa Cream, jedna z najsławniejszych formacji brytyjskiego rocka. założona przez Erica Claptona, Jacka Bruce'a i Gingera Bakera.

79 lat temu...
1939.07.16 w Belzoni w Missisipi ur. się Denise LaSalle, chicagowska wokalistka bluesowa i soulowa, gwiazda Malaco Records.

79 lat temu...
1939.07.16 w Memphis ur. się William Bell, wokalista soulowy, jeden z twórców brzmienia Staxa.
  
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2018 ..::bestyjek::..