reklama  
 
  play  
Piątek, 24 Listopada w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI, Serwer bluesrock: Doyle Bramhall II - [2016] - Rich Man



RADIO DERF POLECA: Premiera płyty ``Koldfusion`` (Monomotiv + Aleksandra Siemieniuk)



RADIO DERF POLECA: Hard Times - [2016] - Siedem



NOWOŚCI, Serwer bluesrock: Tedeschi Trucks Band - [2016] - Let Me Get By



Bluesdelta
  Aktualnie: "Mississippi John Hurt - Last Sessions - Good Morning, Carrie"
jazz
  Aktualnie: "Walk Away - F/X - Solamnia"
standard
  Aktualnie: "Bena&Ptaszek - Music Of The Mississippi River - I Got A Woman"
soul
  Aktualnie: "Otis Redding - Good To Me - Pain In My Heart"
bluesrock
  Aktualnie: "Bruce Springsteen&The E Street Band - Live In New York City - Disc One - Mansion On The Hill"
polskiblues
  Aktualnie: "Elzbieta Mielczarek - Blues koncert - Muddy Water"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [2322603]  Wizyt łącznie
 [446]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [271]  Zarejestrowanych użytkowników
 [0]  Zalogowanych

 [899]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [22]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  artykuły  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
CEPHAS & WIGGINS. Living Blues V/VI.1999  
Autor: administrator, 2009-09-15 16:40:59
CEPHAS & WIGGINS. Living Blues V/VI.1999

by Barry Lee Pearson

Bowling Green, niewielka miejscowość w Wirginii, leży zaledwie trzydzieści mil na południowy-zachód od Waszyngtonu, przy autostradzie 301. ''Bowling Green'' John Cephas mieszka w domu, który wybudował własnymi rękoma w Woodford, o pięć mil od Bowling Green. Przez wszystkie te lata dzielił życie pomiędzy Woodford i Waszyngton, w którym przyszedł na świat 4 września 1930 roku i gdzie pracował jako cieśla, aż do przejścia na emeryturę w 1987 roku. Dziś, kiedy wraca z trasy koncertowej, majstruje przy swoich samochodach, łodziach i traktorach, prowadząc życie farmera – gentlemana.

Muzyka Cephasa wywodzi się z dwóch najbardziej wpływowych afroamerykańskich instytucji – kościoła i wiejskiej zabawy. Jego ojciec grał na gitarze, ale pierwszą nauczycielką młodego Cephasa była jego ciotka Lilian Dixon. Ona i jej przyjaciel Haley Dorsey nauczyli chłopca kochać bluesa. Dziadek Cephasa, John Dudley, zabierał za sobą wnuka na wiejskie zabawy, ucząc go skocznych kawałków do dziś obecnych w jego repertuarze. Jego nauczycielem był też kuzyn – David Talliaferro, jeden z najlepszych gitarzystów hrabstwa Caroline.

Cephas zrezygnował z występów pod koniec lat 60-tych, ale spotkanie z Wilburem ''Big Chief'' Ellisem sprawiło, że znów powrócił na scenę. W 1976 roku, na Smithsonian Folklife Festival spotkali harmonijkarza Phila Wigginsa i wraz z basistą Jamesem Bellamy'm założyli zespół ''The Barrelhouse Rockers''. Nim minął rok, zdrowie Ellisa pogorszyło się. Powrócił do Alabamy, gdzie wkrótce potem zmarł. Odtąd Cephas i Wiggins zaczęli występować w duecie, szybko zdobywając uznanie i renomę najlepszego akustycznego zespołu bluesowego Południowego-Wschodu. John Cephas otrzymał w 1989 roku National Heritage Award w uznaniu jego muzycznego talentu, wysiłków jakie wkłada w nauczanie i determinacji, z jaką broni przed wygaśnięciem tradycję piedmonckiego bluesa. Cephas wciąż kontynuuje nauczanie, prowadzi warsztaty i organizuje publiczne pokazy gry, działa też jako członek władz National Council for the Traditional Art.

Podobnie jak Cephas, Phil Wiggins jest Waszyngtończykiem (urodził się 8 maja 1954 roku). Harmonijkarz samouk, wiedzę czerpał zarówno z miejscowej tradycji, jak i nagrań mistrzów tego instrumentu, jak Sonny Terry, Little Walter czy Sonny Boy Williamson II. Jego wysoce wokalny styl gry na harmonijce wykazuje wpływy religijnych hymnów śpiewanych mu przez babkę i stylu gry waszyngtońskiej gitarzystki, żarliwej ewangelizatorki Flory Molton, z którą współpracował aż do 1976 roku. Jego styl łączy uduchowienie i głęboki emocjonalizm kościelnej pieśni z radosnym brzmieniem house party bluesa.

Dziś i on, i Cephas zdobyli międzynarodową sławę i uznawani są za żywą legendę Piedmont i East Coast bluesa. Dzięki nim wciąż żywe pozostaje dziedzictwo Blind Boya Fullera, Rev. Gary'ego Davisa, Sonny'ego Terry czy Browniego McGhee.

John Cephas

Od tak dawna, jak sięga pamięć, losy mojej rodziny związane były z doliną Rappahannock River. Nasi przodkowie przybyli w te okolice jako niewolnicy, dowożeni morzem do Port Royal. Większość czarnoskórej ludności w naszych stronach stamtąd właśnie przybyła. Sprzedawano ich w niewolę plantatorom z hrabstwa Caroline, Spotsylvania i dalej na południe. Później osiedlano ich głównie w okolicach Norfolk, gdzie mój prapraprapradziadek był niewolnikiem. Kiedy proklamowano emancypację, jak inni otrzymał od rządu 40 akrów i muła. Muł dawno padł, ale ziemia pozostała i wciąż należy do rodziny.

Dorastałem w podzielonym społeczeństwie, może dzięki temu my czarni byliśmy sobie tak bliscy. Czuliśmy się jak jedna, wielka rodzina, choćbyśmy nawet nie byli spokrewnieni. Tak właśnie, byliśmy jak jedna rodzina. Do dziś czuję, jak wielki wpływ wywarła na mnie ta głęboka więź. Urodziłem się w Waszyngtonie, w dzielnicy zwanej Foggy Bottom. Cóż, prawdę mówiąc, nie była to najwykwintniejsza z dzielnic, ale lat, które w niej spędziłem, nie zamieniłbym na żadne inne. W tamtych czasach rodziny były sobie o wiele bliższe, dorastaliśmy w okolicy, gdzie każdy każdego znał. Dziś wszystko tak bardzo się zmieniło, ludzie nie przywiązują się już do swoich domów, nawet ja nie troszczę się już o to gdzie mieszkam. Ludzie stali się sobie obcy. Nie tak było dawniej. Wielu moich krewnych mieszkało w sąsiedztwie, wpadaliśmy do siebie co wieczór, wymienialiśmy płytami. Dzieliliśmy się wszystkim, cośmy mieli. A nie było tego wiele, wierzcie mi.

Kiedy byłem jeszcze chłopcem, siedmio, a może ośmioletnim, matka uczyła mnie i brata śpiewać. Śpiewaliśmy z Ernestem w duecie. Przyzywała nas i ćwiczyliśmy każdego przedpołudnia, cały długi tydzień. Ojciec pracował wówczas w jednej z firm budowlanych, a matka poświęciła się naszej nauce. Kiedy zdarzało się, że śpiewałem niedbale albo fałszowałem, gniewała się i dawała mi w ucho. Moja kochana matka... nauczyła mnie wszystkiego, co wiem o śpiewie, pokazała mi, jak używać głosu. Śpiewaliśmy w kościele ładnych parę lat pod kierunkiem naszej matki, zrezygnowałem ze śpiewu dopiero, kiedy miałem dziesięć albo dwanaście lat.

Miałem może osiem albo dziewięć lat, kiedy ciotka Lilian odkryła przede mną bluesa. Miała chłopaka o imieniu Harry, Harry Dorsey. Był świetnym gitarzystą. Wpadał do nas do domu i spędzał wieczory z moją ciotką. Zawsze miał przy sobie gitarę. Oczarował mnie jej dźwięk, oczarował mnie blues. Ciotka Lilian również grała na gitarze. Słuchałem, jak gra razem z Harry'm. Do późnej nocy w domu rozbrzmiewał blues.

Czasem, kiedy grała, stałem tylko zasłuchany, chłonąc każdy dźwięk. Byłem tak mały, że nie pojmowałem dobrze czego właściwie słucham, czułem jednak całym sercem, że tak muzyka mnie uwodzi. Ciotka wiedziała, jak wielkie wrażenie wywiera na mnie muzyka. Mimo, że byłem jeszcze taki mały, dawała mi gitarę i uczyła podstaw gry. Zasypywałem ją pytaniami ''Ciociu, pokaż mi, jak to zagrać!''. A ona cierpliwie pokazywała mi akordy. Kiedy poznałem juz podstawowe chwyty, nie można mnie było oderwać od gitary. Brzdąkałem na niej całymi dniami.

Prawdziwym idolem był dla mnie dziadek – John Dudley. Ach, co to był za człowiek! Dziś już takich nie ma. Jakże on potrafił się bawić! Cała okolica go poważała, był czarujący, miał uwodzicielski głos. Wszyscy go znali i wszyscy wiedzieli, że tam gdzie się pojawi, szykuje się dobra zabawa – góry jedzenia, morze alkoholu i tańce do białego rana. Taki to był mój dziadek John. Nauczył mnie pieśni ''Going Down the Road Feeling Bad'' i ''Railroad Bill'' , i tylu jeszcze innych piosenek. Śpiewał mi je bez końca. Tyle ich było. ''Hand Me Down My Walking Cane'', ''The Old Mill Stream'' i inne, równie piękne. Wszędzie mnie ze sobą zabierał. Wszyscy moi bliscy, matka, ciotka, ojciec, brat, no i my z dziadkiem wciąż w tych latach śpiewaliśmy.

Mój dziadek grał na gitarze, kochał muzykę, hazard i piękne kobiety. Ja jeden z całej rodziny wdałem się w niego. Kiedy byłem mały, wpadał do nas, do Foggy Bottom i wołał od progu ''Hej mały, pakuj manatki, ruszamy w drogę!'' Zabierał mnie do Wirginii, na głęboką prowincję, żebym poczuł, skąd się wywodzę. Pokazał mi moich kuzynów, nasz rodzinny dom i miejsce, w którym sam przyszedł na świat. Nigdy nie zapomnę tych chwil.

Dziadek uwielbiał zabawy i spraszał sąsiadów na tańce. Miałem tam w Wirginii kuzyna, zwał się Jim Henry Coleman. Pędził pierwszorzędny bimber. Samo złoto! Dziadek posyłał po niego i pili we dwóch, rozkoszując się trunkiem. Pierwszego drinka, jakiego w życiu piłem, dał mi dziadek. Byłem z nim u kuzyna Jima Henry'ego. Byłem wtedy bardzo młody, ale pamiętam ten dzień jak dziś. Dziadek skinął na mnie: ''Chłopcze, czas żebyś stał się mężczyzną, zaciśnij zęby i pij!'', ''Nie staniesz się mężczyzną, póki tego nie wypijesz – dodał – wstawaj i pij jak mężczyzna''. Nadal mi pełną szklankę bimbru, a ja o mało ducha nie wyzionąłem. Tak, tak, to właśnie dziadek pokazał mi wszystko, co dobre z życiu – whisky, muzykę i tańce, wszystko, co sprawie, że życie jest piękne.

Pamiętam, że kiedy w domu była zabawa, nas dzieci odsyłano na górę, do łóżek. Dzieciaki spały, a dorośli bawili się na dole. Godzinami nie mogliśmy zasnąć nasłuchując muzyki i próbując zgadnąć, co dzieje się na dole. Ale zejść się nie ośmieliliśmy. Dziś to dzieci rządzą w domu. Nie tak było dawniej. Wtedy to starsi o wszystkim decydowali. Dorośli nie życzyli sobie, by dzieci przyglądały się ich zabawom. Nic nam było do tego, co robią. Ale mogliśmy słuchać muzyki. Słyszeliśmy, jak śpiewają, jak muzyka ich porywa. I mnie ona porywała.
Chociaż chodziłem do kościoła, marzyłem, by pozwolili mi się do siebie przyłączyć. Rzecz jasna wierni naszego kościoła, a wśród nich moja matka, nie pochwalali grzesznych tańców, choć Bóg mi świadkiem, sami od nich nie stronili. W niedzielę chodzili na mszę, a w piątkowe i sobotnie noce bawili się do upadłego. Zbierali się w domu jednego z sąsiadów, bawili się, pili i tańczyli, aż wstawał świt.

Dorastałem w religijnej rodzinie. Mój ojciec był kaznodzieją we wspólnocie baptystów i całe dzieciństwo, zanim jeszcze zafascynował mnie blues, zachęcano mnie, bym grał nabożne pieśni. Pokochałem muzykę, jak mogłem jej nie pokochać. Kiedy podrosłem i rodzice odkryli, że jestem opętany bluesem, zganili mnie: ''To droga grzechu, synu, nie podążaj nią. Niech cię ręka boska broni, byśmy cię kiedyś ujrzeli w jednym z tych domów o złej reputacji''. A jednak, kiedy tylko w piątkową , czy sobotnią noc poschodzili się goście, wzywali mnie na dół ''John, skocz po swoją gitarę i zagraj gościom coś skocznego''. Grywałem im i bluesa. Zaklinali mnie wówczas ''Nie rób tego chłopcze, nie rób tego na litość boską''. Ja sam nie oceniałem bluesa w ten sposób. Ale rodzice wciąż powtarzali ''To muzyka szatana, synu. To muzyka diabła. Wystrzegaj się go na litość boską. Ci ludzie piją, jak dzień długi i tarzają się w rozpuście. Pomnij na swoją nieśmiertelną duszę. Wyrzeknij się grzechu!'' Ale gdy tylko rozbrzmiała muzyka, nie potrafili się jej oprzeć i już.

Pamiętam jak dziś, jak ojciec sprawił sobie gitarę. W tym właśnie czasie odkryłem bluesa. Właściwie grałem już co nie co w open-tuning i slidem, ale ojciec nic o tym nie wiedział. Kupił sobie gitarę i schował ją do szafy. Nie pozwalał jej nam dotykać. Co tam, ilekroć wychodził, biegłem do szafy, wyciągałem gitarę i grałem na niej, póki nie wrócił. Prawie zawsze mnie przyłapywał i spuszczał mi baty. Dobrze wiedział, że go nie słucham. Miał taki wypróbowany sposób – luzował struny. Szybko nauczyłem się je napinać. Ojciec wracał, widział napięte struny i zaraz wiedział, że dobierałem się do jego gitary. Ile było z tego powodu awantur.
Któregoś dnia, gdy po raz setny dobrałem się do gitary, ojciec wezwał mnie i powiedział zrezygnowany ''Słuchaj mały, wygląda mi na to, że cię nie przekonam. Odechciało mi się już nawet ciebie lać. Sam pewnie nigdy nie nauczę się grać, więc dam ci tą gitarę na własność. Jest twoja, jeśli nadal ją chcesz''. Odtąd mogłem grać, ile dusza zapragnie, choć wcześniej ojciec prawie mnie zabił, próbując wybić mi granie z głowy. Byłem wniebowzięty. Nie musiałem już się ukrywać!

Nauczyłem się grać John Henry w open-tuning. Zwaliśmy ten strój Sebastopol. Sebastopol był pierwszym sposobem gry, jaki poznałem. Kiedy już nastroiłeś gitarę, wystarczyło trzymać się kropek na gryfie albo chwycić za slide, a już grało się całkiem przyzwoicie. Nie trzeba było przy niej wiele majstrować. Dotąd przywykłem grać na jednej strunie przybitej do deski, czy gdzie się tam dało. Wiecie, jak się wtedy robiło? Braliśmy miotłę – była na górze owinięta kawałkiem drutu. Odplątywaliśmy go, miotłę wyrzucaliśmy a drut przybijaliśmy do deski. U dołu robiliśmy mostek i suwaliśmy nim do góry i na dół, kiedy chcieliśmy zmienić tonację. Grałem zwykle w open-tuning. Nie miałem wówczas pojęcia, jak inaczej nastroić gitarę. Ale w open-tuning nastroić ją umiałem, a kiedy trafił się ktoś starszy, prosiłem, by nastroił mi ją klasycznie, żebym mógł sobie pograć.

Na house party pozwolono mi grać dopiero, kiedy nieco podrosłem. A przynajmniej pić pozwolono mi dopiero, kiedy skończyłem czternaście lat. Dopiero wówczas mogłem poznać zawiłości prawdziwego low-down bluesa. Zbiegałem na dół, kiedy tylko zabrzmiały pierwsze dźwięki muzyki. Nie przepuszczałem żadnej okazji. Blues przyciągał mnie jak magnes. Jego wołanie miałem we krwi. Był częścią mojej duszy, częścią mojego dziedzictwa.

Gdzie zresztą mieliśmy chodzić? Nie było innego miejsca, gdzie można by pójść potańczyć. Czarni trzymali się razem, gdziekolwiek by nie mieszkali. Wszyscy czekali z niecierpliwością końca tygodnia pracy i biegli na tańce. Mój kuzyn mieszkał drzwi w drzwi, podobnie mój brat, siostra, drugi kuzyn, wszyscy żyliśmy blisko siebie. Co sobota zbieraliśmy się w domu któregoś z nas i bawiliśmy się wesoło. Takie były te nasze house-parties.

Łączyły nas silne więzi, rodzina była dla nas wszystkim. Kto tylko mógł przychodził na zabawę, byliśmy razem niemal w każdy weekend. A blues był medium, które nas jednoczyło. Nie jedynym, rzecz jasna, które nas zespalało – samo życie w segregacji wymuszało na nas byśmy trzymali się razem. Jakże inaczej byśmy przetrwali owe lata?

Tak więc co weekend zbieraliśmy się w domy jednego z nas. Większość instrumentów, na których się w tamtych czasach grało, była bardzo prymitywna. Domowej roboty. Chłopcy przynosili własnej roboty gitary, bębny, łyżki albo kości. A jeśli jakiś szczęśliwiec miał instrument ze sklepu, wierzcie mi, nie było to dzieło sztuki. Graliśmy na wszystkim, co wpadło nam w ręce, choćby i na puszkach i dzbanach, czy basie z balii do prania. Nasza pomysłowość nie znała granic. Z czego to nie kleciliśmy instrumentów. Mijały lata i zaczęło nas być stać na kupowanie instrumentów w sklepie. Pojawiały się kupne saksofony, banjo, skrzypce, gitary.

Mieliśmy przyjaciela, Harolda Hilla, który wyśmienicie grał na banjo. Wielu z nas zapragnęło pojeść w jego ślady. I ja grywałem z towarzyszeniem banjo, próbowałem też sam uczyć się gry na banjo. Co nieco się nauczyłem. Jakiś czas temu chciałem nawet sprawić sobie banjo. Ale jest dziś tak drogie, że sam nie wiem, czy jeszcze je chcę.

Miałem kuzyna o imieniu David, David Talliaferro. Wywarł na mnie wielki wpływ. Był sześć, może siedem lat starszy ode mnie i nikt tak jak on nie grał na gitarze. Mówię szczerą prawdę, David był najlepszy w okolic, najlepszy w hrabstwie Caroline, a może i w całej Wirginii, kto wie. Nie znam takiego, co dałby mu radę. Był jednak tylko chłopakiem ze wsi, kto by go tam słuchał. Zmarł dwadzieścia pięć lat temu. Tak wiele mu zawdzięczam, tak wiele. Chyba osiemdziesiąt procent wszystkiego, co wiem o grze na gitarze nauczyłem się od niego. Grał czystego, prawdziwego bluesa. Nauczył mnie grać w stylu thumb-and-finger, jak to czynią inni piedmonccy gitarzyści. Zwiemy ten styl ''Williamsburg Lope''. Starasz się by gitara grała to, co chcesz wyrazić, jednocześnie nie gubiąc rytmu. Całymi godzinami ćwiczyłem, próbując opanować grę trzema palcami. A kiedy wreszcie pojąłem, och, to był wielki dzień. Wyszedłem i upiłem się z radości. Nareszcie gitara była posłuszna moim dłoniom. Mogłem usiąść i zagrać cokolwiek zapragnąłem, i brzmiało to dokładnie tak, jak chciałem. David i ja zaczęliśmy wychodzić razem w weekendy i grać na zabawach, chodziliśmy od domu do domu, grając gdzie tylko nas zapraszali. A im więcej grałem, tym lepszy się stawałem.

David był najlepszym gitarzystą z jakim grałem... jeśli akurat miał ochotę grać. Nie zagrał zanim nie dostał czegoś do picia, taki już był. Pił i pił, aż był już tak pijany, ze nie mógł utrzymać w ręku gitary. Cóż, myślę, że wielu bluesmanów nie inaczej robi. Ja sam miałem mocną głowę, mogłem wypić wiele, a ciągle byłem w formie. Nieraz za plecami Davida opróżniałem jego drinki. Dziś rzecz jasna przyszło mi za to płacić. Ale w tamtych czasach myśleliśmy tylko o muzyce i whisky. Dobry Boże, ile myśmy jej wypili, prawdę mówiąc, whisky powinna dziś wylewać mi się uszami.

Miałem i innego kuzyna, Johna Woolfolka, grał nieraz z nami, kiedy był w pobliżu. John miał siostrę, która też grała i wyprawiała często zabawy u siebie w domu. Ta część Wirginii słynęła z zabaw. Ludzie schodzili się do prywatnych domów na tańce, jak do juke-jointów. Jednym z takich miejsc był dom mojej kuzynki Christine. Niemal każdej soboty coś się u niej działo. Christine krążyła wśród gości ze swoją gitarą, wiedziała, jak rozbawić gości, tu rzuciła uśmiech, tam słówko. Nieraz chwyciła gitarę i zagrała jakiś kawałek, ale z nikim nie rywalizowała, kobiecie to nie wypadało w tamtych czasach.

U nas w Waszyngtonie zdarzały się i w tamtych czasach przyjęcia z prawdziwego zdarzenia, z wynajętymi muzykami. Takie zabawy przyciągały mnóstwo ludzi. My dwaj jednak nigdy nie dostawaliśmy pieniędzy, graliśmy za samo jedzenie i napitki. Nie przeszkadzało mi to. Kiedy już podrosłem i zacząłem pracować, nadal wolałem grać na wiejskich zabawach, choćby czekała mnie długa jazda tam i z powrotem. Musiałem jeździć drogą 301 z milion razy, bo nawet po latach wciąż spędzałem weekendy na wsi. Nie pamiętam weekendu, w który bym nie grał. W piątkowy wieczór po pracy wyjeżdżałem z miasta i tyle mnie widzieli. Nie mogłem się doczekać chwili, kiedy miasto zniknie za horyzontem.

Tutaj na wsi każdy każdego zna, wiesz dokładnie, co ci przystoi, a czego robić się nie godzi. Żyje się lekko. Pewnie, zdarzają się niesnaski, a czasem i bójki. Ludzie są tylko ludźmi. Ktoś robi się zazdrosny, bo wydaje mu się, że inny facet zerka na jego kobietę i kłopot gotowy. Mężczyźni już tacy są. Lubią się bić, zwłaszcza o dziewczyny. To o nie wybucha większość bójek. Łatwo o bójkę, kiedy krew wrze, a ty tańczysz na parkiecie w rytm muzyki. Lepiej nie tańczyć za długo z cudzą kobietą. Ani zbyt często. A niech tylko któraś zdradzi. Zaraz leje się krew. Niejeden oberwał kulkę na tańcach.

Kiedy na zabawie zaczyna źle się dziać, a tobie nic do tego, lepiej po cichu zebrać instrumenty i przenieść się gdzie indziej. Chyba, że to o ciebie chodzi. Nie raz i nie dwa braliśmy udział w bijatyce. Pamiętam jedno takie przyjęcie. Zaczęliśmy się tłuc o pierwszej, czy drugiej w nocy. Co rusz dołączali do nas jacyś przyjaciele. Tłukliśmy się tak do białego rana, aż wreszcie byliśmy tak zmęczeni, że nikt nie miał już siły się bić i rozeszliśmy się do domów. Rodzona matka by nas nie poznała, tacy byliśmy obici i zakrwawieni. Mówię wam, tam na wsi się nie patyczkują. Whisky krąży w żyłach, rozpala krew, wystarczy iskra, by wybuchła bójka. Pamiętam bijatyki co się zowie! Prali się starzy i młodzi, kto by tam pytał, o co poszło. Okna i drzwi szły w drzazgi. Ach, co to były za zabawy. Teraz już takich nie ma. Myślę, że główną przyczyną jest to, że czarni stali się o wiele zamożniejsi i tyle innych rzeczy ich zajmuje. Mogą podróżować, gdzie tylko chcą. Wystarczyło trochę grosza, zmienił się tryb życia i epoka house-parties minęła bezpowrotnie.

I ja sam nie mam już tyle sił, co dawniej. Nie dla mnie już picie i zabawa do białego rana. Cały weekend spędzaliśmy w trasie, grając po juke-jointach i jeżdżąc wciąż z miejsca na miejsce. Czułem się tym zmęczony. I ten kac, kiedy za dużo się wypiło. Przyszedł czas, kiedy powiedziałem sobie ''Dość'' i skończyłem z graniem. Nie grałem chyba z pięć albo sześć lat. Była końcówka lat 60-tych. Pamiętam, że po koncercie zostawiłem gitarę na scenie. Nigdy już po nią nie wróciłem.

A potem pewnego wieczoru poszedłem na przyjęcie urodzinowe. Zaprosiła mnie moja dziewczyna. Nie grałem już wtedy ładnych parę lat, poszedłem więc, ale nie zabrałem ze sobą gitary. Przedstawili mi jednego z gości. Wołali na niego Big Chief Ellis. Moja dziewczyna szepnęła, że jest sławnym pianistą bluesowym. Przedstawiła nas sobie i powiedziała ''Chief, John gra na gitarze''. Rozmawialiśmy w najlepsze, kiedy gospodyni zapytała mnie ''John, czemu nie zagrasz czegoś Chiefowi, żeby mógł posłuchać, jak grasz?''. Próbowałem się wymówić, ale Chief nie ustawał ''Bracie, skocz po gitarę, chciałbym posłuchać twojej gry''. Zgodziłem się, poszedłem do domu i przyniosłem gitarę. Ludzie rozsiedli się wokół nas i poprosili o bluesa. No i zagrałem im parę kawałków. Chief kiwnął głową z uznaniem ''Chłopie, powiem ci coś, grasz jak złoto. Nie znam drugiego, co by tak grał''. A ja powiedziałem ''Cóż, teraz ja chciałbym posłuchać jak grasz''. Nasza gospodyni zawołała prędko ''Mam pianino w pokoju na dole. Może zejdziecie i pogracie sobie?''.

Chief i ja przystaliśmy na to i zeszliśmy piętro niżej. A kiedy Chief zaczął grać, wiedziałem, że to jest to. Ależ on grał. Grał bluesa, jakiego kocham. Grał jak sam Walter Davis. Na Boga, poczułem, że znów żyję. Wszyscy goście zeszli do nas na dół. Mogła być dziesiąta, kiedy zaczynaliśmy, graliśmy tak aż do świtu. Bez chwili przerwy. Piliśmy i graliśmy.

A potem Chief powiedział mi ''Bracie, całe życie szukałem takiego gitarzysty, jak ty''. Opowiedział mi o tym, jak gra, o festiwalach i całej reszcie i zapytał, czy nie chciałbym wyjechać i grać razem z nim. Na początku mu odmówiłem, ale nie dawał mi spokoju. Dzwonił dzień w dzień prosząc, żebym przyjechał do jego domu i pograł z nim trochę. Nie zapomnę, jak się przed nim chowałem. Telefon dzwonił, a ja nie podnosiłem słuchawki, podejrzewając, że to Chief chce, żebym z nim grał. Nie chciałem mieć nic wspólnego z muzyką. W końcu się poddałem i zacząłem zachodzić wieczorami do jego domu. Co tu dużo mówić, porwała mnie jego muzyka, od pierwszej chwili dobrze się rozumieliśmy. Zacząłem towarzyszyć Chiefowi na festiwalach, ludzie przychodzili nas słuchać. Dawaliśmy coraz więcej i więcej koncertów. Wciągnęło mnie. Zanim nie spotkałem Chiefa, nie grałem nigdy za pieniądze. Nie posiadałem się ze zdumienia, że ludzie pragną nas słuchać, że przyjeżdżają z daleka, by posłuchać ludowej muzyki, muzyki czarnych, a takiego właśnie bluesa obaj graliśmy.

I tak Chief i ja zostaliśmy razem i graliśmy we dwóch pięć, a może sześć lat, podróżując po świecie. Big Chief grał na starym, knajpianym pianinie i niewielu znam ludzi, którzy potrafiliby wydobyć z niego takie dźwięki, jak on to czynił. Powiem wam, pięknie brzmiało, kiedyśmy tak razem grali, on na swoim pianinie, a ja na gitarze. W 1976 roku zagraliśmy na American Folklife Festival w Waszyngtonie. Tam właśnie poznaliśmy Phila Wigginsa, który towarzyszył Florze Molton, śpiewaczce gospel spod Waszyngtonu. Grałem z Big Chiefem. Byli tam też Johnny Shines, Sonny Rhodes i inni bluesmani. Podczas jednej z przerw wpadliśmy na pomysł, żeby po koncercie urządzić jam-session. Usłyszeliśmy jak Phil Wiggins gra. Grał tak, że obaj nie mieliśmy wątpliwości ''Musimy go mieć!''. Poszczęściło nam się, Phil dołączył do nas i założyliśmy razem The Barrelhouse Rockers. Było nas czterech: Chief, James Bellamy na basie, Phil na harmonijce, no i ja na gitarze. Graliśmy razem, aż do owego roku, kiedy Chief dostał ataku serca. To musiał być 1977. Chief miał atak w domu, w Birmingham. Wrócił do domu, by tam oddać ducha.

Chief odszedł, a ja wciąż odbierałem telefony od ludzi, którzy zapraszali mnie na występy. Dałem kilka solowych koncertów, ale nie czułem się z tym dobrze. Nie mogłem się odnaleźć na scenie. Zadzwoniłem więc do Phila i poprosiłem go ''Może wpadniesz i zagrasz ze mną parę koncertów?''. Phil przystał na to. Dobrze nam się razem grało, rozumieliśmy się bez słów. Zaczęliśmy więc występować w duecie i do dziś gramy razem. Przez te dwadzieścia lat graliśmy chyba w każdym zakątku kuli ziemskiej. Przemierzyliśmy kraj, jak długi i szeroki. Objechaliśmy i Europę – Skandynawię, Niemcy, Francję... byliśmy w Afryce i Południowej Ameryce z programem Arts America. Graliśmy w Związku Radzieckim, Chinach i Australii, a nawet w Mongolii. Tak, objechaliśmy chyba cały świat. I dziś jestem gotowy w każdej chwili ruszyć w drogę, żeby grać ludziom bluesa i uczyć ich naszej piedmonckiej tradycji.

Niełatwo jest tak jak my całe życie spędzać w drodze. Trzeba być bardzo silnym, by znieść trudy takiego życia. Jesteśmy w trasie już od tak dawna, że przestałem rozpakowywać moje walizki. Kiedy wracam do domu, wyciągam tylko znoszoną odzież, wkładam na jej miejsce świeżą i stawiam walizki z powrotem pod drzwiami.

Lubię muzykę, wszystkie jej gatunki, a kiedy je lubię, staram się je poznać. Słucham wielu utworów Merle'a Travisa, niejednego się nauczyłem, przejąłem też co nieco z jego techniki, jego stylu. Słucham Skipa Jamesa, Blind Boya Fullera, Gary'ego Davisa. Po raz pierwszy usłyszałem Skipa na płytach, wystarczyła minuta, żebym zachwycił się jego muzyką. Była taka inna, świeża, jasna, tak bardzo bluesowa. Gram właściwie wszystko, od gospel po country and western. Phil i ja staramy się prezentować publiczności różne wątki – ragtime, lowdown blues, uptempo. Ale teraz i zawsze naszą kolebką będzie Piedmont blues, z którego wywodzą się nasze korzenie.

tłum. by ingeborg

http://www.livingblues.com
foto: http://www.washingtontimes.com
Podziękowania dla Jerzego za materiały!
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2017-11-24
32 lat temu...
1985.11.24 W Inglewood w stanie Kalifornia zmarł Big Joe Turner, wybitny wokalista bluesowy. Przeżył 74 lata.

24 lat temu...
1993.11.25 W Las Vegas zmarł Albert Collins, jeden z największych gitarzystów bluesa. Przeżył 61 lat.
  
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
 2017-11-17 17:38:20
  FISH FRY
 2017-11-05 18:01:57
  Shakey i ja. Chicago i Big Walter Horton oczyma Charliego Musselwhite'a
 2017-11-05 15:28:28
  Dziesięć pytań do Charliego Musselwhite’a.
 2017-11-05 15:21:55
  Buckwheat Zydeco w Alligator Records
 2017-11-05 15:17:50
  Otis Clay: Sacred Soul, cz.1, Living Blues, No. 159, 9/10.2001
 2017-11-05 15:14:34
  Otis Clay: Sacred Soul, cz.2
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2017 ..::bestyjek::..