reklama  
 
  play  
Niedziela, 15 Grudnia w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI : JOE BONAMASSA - REDEMPTION (2018)



NOWOŚCI : BETH HART - FRONT AND CENTER (Live From New York) (2018)



NOWOŚCI : DAVE MATTHEVS BAND - COME TOMORROW [2018]



NOWOŚCI : Tedeschi Trucks Band - [2019] - Signs



Bluesdelta
  Aktualnie: "Dr. Isaiah Ross - Boogie Disease - Shake A My Hand"
jazz
  Aktualnie: "Chick Corea, Steve Gadd - Chinese Butterfly - Like I Was Sayin`"
standard
  Aktualnie: "B.B. King - There Is Always One More Time - The Blues Come over Me"
soul
  Aktualnie: "Sam Cooke - Around the world - that lucky old sun"
bluesrock
  Aktualnie: "Santana - Live at the Fillmore 1968 - Conquistadore Rides Again"
polskiblues
  Aktualnie: "Kasa Chorych - Rythm&Puls - Jak tyle marze"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  reklama  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [4471150]  Wizyt łącznie
 [1192]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [278]  Zarejestrowanych użytkowników
 [0]  Zalogowanych

 [907]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [21]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  reportaże i wywiady  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
CAN I SHAKE YOUR HAND, MISTER KING?
Autor: administrator, 2010-06-02 01:24:49
CAN I SHAKE YOUR HAND, MISTER KING?

WYKŁAD KEITHA DUNNA, BLUESROADS, Kraków 22.05.2010

Keith Dunn, gość honorowy tegorocznej edycji festiwalu Bluesroads, jest nie tylko utalentowanym harmonijkarzem i wokalistą, ale także producentem muzycznym.
Urodził się w Bostonie, renomę zyskał na bluesowej scenie Kalifornii i Teksasu. Obecnie, na zaproszenie holenderskiego ministra kultury, gości w Holandii, towarzysząc w europejskich trasach gwiazdom bluesa, m.in. Big Jack Johnsonowi. W Krakowie przedstawił słuchaczom materiał z swojej najnowszej płyty „Alone With The Blues” – solowego, akustycznego projektu, sięgającego korzeni bluesa.

Keitha Dunna spotkaliśmy po raz pierwszy w kuluarach klubu, gdzie spędzał czas przed wieczornym koncertem. Pełen rezerwy, skupiony, niewylewny, budzi respekt potężną posturą i malującą się na twarzy powagą. Czuć w nim nie tylko potężną fizyczną siłę, ale i niekłamaną godność. Mówi nienaganną angielszczyzną. Bez zarzutu jest również jego ciemny garnitur. Czuć, że kiedy ten mężczyzna podejmie decyzję, nic nie sprowadzi go z raz obranej drogi.

Jego życie nie było łatwe. Dumny i stanowczy, nie szedł na kompromisy. „Bierz, czego chcesz i bądź gotów za to płacić” mogłoby brzmieć motto Dunna. Pod zasłoną powagi wyczuwa się w nim jednak głębokie ciepło. Twarz Keitha rozjaśnia się, gdy mówi o przyjaciołach, Steve Ray Vaughanie, czy Jamesie Cottonie. Głęboko przeżył śmierć Steve’iego, do dziś trudno mu o tym mówić. Kiedy Keith Dunn obdarza przyjaźnią, robi to na całe życie.

Dziś Keith siedzi przed nami w sali Pałacu Pusłowskich. „O czym mam wam opowiedzieć? – pytał mnie poprzedniego wieczoru – co chcielibyście ode mnie usłyszeć?” „O sobie! – wyrwało mi się – o swojej muzyce, swoim dzieciństwie, życiu”. Mówiłam to, co czułam. Losy Keitha, jak i wielu innych bluesmanów, są barwniejsze od filmowego scenariusza i o wiele bardziej znaczące. To żywa historia Ameryki.

Prosimy Keitha by opowiedział o początkach swojej drogi.


Kiedy byłem dzieckiem, moja matka lubiła słuchać radia. W tamtych czasach, mówimy o początku lat 60-tych, niemal każda stacja nadawała bluesa. Był równie popularny, co później hip-hop, czy R&B. B.B. King, Bobby Bland, Muddy Waters. Wszystkich ich słuchałem w radio. Matka nastawiała radio, sama zajmowała się domem, a ja słuchałem. Mój ojciec był śpiewakiem gospel, śpiewał w siedmioosobowym chórze. Wuj akompaniował im na gitarze. Basisty nie mieli. Zastępował go jeden z głosów. Grał jedynie krótkie wprowadzenia, resztę wypełniał głos. Co środę ćwiczyli w naszym domu. Kiedy wracałem z boiska, albo odrabiałem lekcje, ich głosy dobiegały mnie zza ściany.

Na harmonijce zacząłem grać w wieku dwunastu, czternastu lat. Pewnie dlatego, że mój najlepszy przyjaciel grał na harmonijce. Był kilka lat ode mnie starszy. A ja bardzo go podziwiałem. Poszliśmy do sklepu muzycznego i za jakieś dwa dolary kupiłem sobie harmonijkę. Sam na nią zarobiłem roznoszeniem gazet. Tak właśnie zaczynałem.

Pamiętam, że poprosiłem ojca o harmonijkę. „Co, harmonijka? Masz własne pieniądze? Więc sam ją sobie kup”. I tak zrobiłem. Czy ją jeszcze mam? Nie, ale chciałbym – odpowiada Keith ze śmiechem na pytanie z widowni

A jak zetknąłem się z żywą muzyką. Wróciłem z meczu. Byłem wielkim fanem baseballu. Sam zresztą też całkiem dobrze grałem. Traktowałem wówczas sport bardzo poważnie. Chciałem zostać zawodowym graczem. Było niedzielne popołudnie. Grali Boston Red Socks. Bilet kosztował 50 centów. Oczywiście ten w najdalszych rzędach. Dziś to całkiem dobra drużyna, ale wtedy zawsze przegrywali. Zawsze. Przegrywali już chyba od stu lat.

Usłyszałem muzykę. „Podoba mi się - pomyślałem - to jest dopiero muzyka!”. To był Luther Johnson, który grał w zespole Muddy’ego Watersa, a później zdecydował, że opuści skład i przeniesie się do Bostonu. W tym czasie w niedzielne popołudnia wszędzie u nas grała muzyka. Kiedy już wróciliśmy z kościoła, koło czwartej, piątej po południu chodziło się do klubów słuchać blues bandów albo składów jazzowych. My malcy zawsze staraliśmy się wymknąć do miasta.

Pamiętam, że klub nazywał się The Highland Tap, dziś to sławny klub, ale wówczas nie był wiele większy od sali, w której siedzimy. Grał tam zespół Luthera, a ja stałem na zewnątrz i słuchałem. Miałem dziewięć, dziesięć lat, byłem za mały, żeby mnie wpuszczono. Bardzo chciałem wejść do środka, ale mnie przegonili „Już cię tu nie ma dzieciaku!”. Kucnąłem przy tylnym wyjściu. Wychodziło prosto na scenę. Było gorące, letnie popołudnie. Drzwi były otwarte, a ja słuchałem. To było moje pierwsze zetknięcie z bluesem.

Pierwszy koncert bluesowy, który widziałem na własne oczy, odbył się w mojej własnej szkole. Do naszej szkoły przyjechał Muddy Waters. Miałem dwanaście lat. Pamiętam, że była dziesiąta rano. Muddy grał poprzedniej nocy gdzieś w Bostonie i był pewnie równie zmęczony, co ja dziś rano. Ale przyszedł.

Kiedy tak wszedł do klasy, zamarliśmy. Był królem. Naprawdę. Spotkałem w życiu wielu sławnych ludzi, ale Muddy miał wokół siebie prawdziwą aurę. Wyglądał jak król, miał się za króla, zachowywał się jak król i był królem. Nigdy tego nie zapomnę. Wszedł do klasy. Był ubrany od stóp do głów na niebiesko. Miał śnieżnobiałą koszulę. I kapelusz. Wszyscy w klasie wstrzymali oddech. Zagrał z kilkoma młodymi ludźmi. Przywołał kilku uczniów i zaprosił ich do grania. Nasz nauczyciel był jednym z nich. Ja miałem dwanaście, czternaście lat, więc mój nauczyciel, Stanley, Stanley Steel musiał mieć może pięćdziesiąt, grał tego dnia z Muddy’m. Był Muddy i jego gitarzysta, Sammy Lawhorn. Zagrali dla nas razem. To był pierwszy raz kiedy zetknąłem się z bluesem. Kiedy zobaczyłem Stanleya grającego w Muddy’m przysiągłem sobie „To właśnie będę robił. Będę ćwiczył, będę coraz lepszy.” Tak to było.

Miałem czternaście lat i niedługo potem znowu poszedłem na koncert. W tych czasach w niedzielne popołudnia odbywały się specjalne koncerty dla młodzieży, której nie wolno było jeszcze kupować alkoholu. W Ameryce ściśle przestrzega się tego przepisu. Można mieć pistolet, nosić bron, ale piwa tknąć nie wolno. Taka właśnie jest Ameryka. Dla ludzi poniżej dwudziestu jeden lat organizowano specjalne koncerty, na których nie podawano alkoholu, można było napić się jedynie coca-coli.

Zobaczyłem wówczas B.B. Kinga. Grał ze swoim zespołem, z Sonny and The Unusuals. Sonny Freeman siedział przy bębnach. Był B.B., była perkusja, organy Hammonda, saksofon i trąbka. Była to najwspanialsza rzecz, jaką kiedykolwiek oglądałem. Podbiegłem pod scenę i cienkim z przejęcia głosikiem zawołałem „Mogę uścisnąć pana dłoń, panie King?” Dziś ludzie proszą o to mnie. Trudno mi się do tego przyzwyczaić. Ale tak właśnie zrobiłem „Mogę, panie King?”, „Sure, young fellow!” - huczy Keith dobrotliwie, uciesznie imitując głos B.B.Kinga - „Ojej! Naprawdę mogę?”

To był pierwszy raz kiedy uścisnąłem dłoń bluesmana. Tak to się dla mnie mniej więcej zaczęło. Odtąd zacząłem grać, dawać występy na szkolnych zabawach i potańcówkach. Grałem wówczas jedynie akustycznie. O mniej więcej tak... – tu Keith wyjmuje z zanadrza harmonijkę i serwuje nam piękną solówkę - Wzmacniacz kosztował grube pieniądze. Trzeba było mieć pewnie ze sto dolarów, by taki sobie sprawić, a my nie mieliśmy pieniędzy. Poprosiłem o niego ojca. Ależ się uśmiał. „Nie” powiedział. „Tatusiu, kupisz mi wzmacniacz?” „What? Na głowę upadłeś dzieciaku?”. – śmieje się serdecznie Keith – Tak... uśmiał się setnie, a potem powiedział „Nie!”.

Ale była i dobra strona. Nauczyłem się jak samemu wydobywać dźwięk. Dzisiaj ludzie często nie umieją poradzić sobie bez elektroniki. Bez względu na to, na jakim gra się instrumencie, powinno się umieć grać na nim także akustycznie. Od tego trzeba zacząć. Ja byłem do tego zmuszony, ale to była dobra rzecz, tak dziś uważam.
Moja rada. Najpierw nauczcie się grać na swoim instrumencie, a dopiero potem myślcie o wzmacniaczu. Po to, by grać nieco głośniej, jeśli to konieczne, by ludzie was słyszeli. Ale nie uzależniajcie się od niego.

Z drugiej strony, dzięki wzmacniaczowi można też uzyskiwać odmienne barwy, posłuchajcie, zagram wam kawałek Billy Boya Arnolda. Ze wzmocnieniem i bez. Drobna zmiana, a jakie wspaniałe brzmienie. Naturalne echo. Bardzo prosta metoda.
Ja sam mam wzmacniacz lampowy – Keith schyla się po nieduży wzmacniacz w drewnianej obudowie - Bardzo prosty. Prosty i niedrogi.
Tyle ode mnie. Teraz wy pytajcie.

Keith mieszka teraz w Holandii. Co go tam przywiodło?

Mieszkam w Holandii, to prawda. Zmieniłem się, od kiedy skończyłem dziewiętnaście lat. Zawsze się bardzi dobrze się uczyłem, byłem też dobrym sportowcem. Zdałem maturę. Chciałem studiować. Był koniec lat 60-tych, początek 70-tych. Wiele się wówczas działo w Bostonie Pracowałem i byłem mocno zaangażowany w ruch Black Liberation. Miałem przyjaciół w Czarnych Panterach. Byłem głęboko zaangażowany w politykę. Istniały dla mnie tylko muzyka, polityka i sport. I książki. Zabierały mi cały czas. Walczyłem o prawa czarnych, prawa kobiet, o wolny świat. Przez cztery lata byłem przewodniczącym samorządu uczniowskiego w mojej szkole. Byłem bardzo aktywny.

Byłem też prezesem stowarzyszenia studenckiego, działałem w ruchu pokojowym „People Against War in Vietnam”. Pomagałem organizować wiece i marsze pokojowe. 250.000 ludzi – jeden z największych antywojennych marszy w Stanach. John Kennedy również był członkiem naszego ruchu. Później, kiedy został wybrany na prezydenta odbił w prawo, ale w tamtych latach działał razem z nami. To właśnie robiłem. Zawsze pragnąłem być prawnikiem. Studiowałem. Muzyką zajmowałem się wyłącznie dla przyjemności, choć zawsze starałem się być dobry. Nie było to złe.

W wieku dziewiętnastu lat zdecydowałem, że nie chcę studiować prawa. Tak wiele się wówczas działo w Ameryce. Biały Dom bał się, że straci kraj. Że straci na nim kontrolę. Co robił rząd? Dawał ludziom tyle, by siedzieli cicho. Starał się zamknąć im usta. Dla nas, dla czarnych Amerykanów miał edukację. Stypendia. Oferowano mi możliwość studiowania na bardzo dobrych uczelniach. Zawsze to lepiej, niż podpalać budynki. Starali się nas uciszyć. Z drugiej strony, starali się by ludziom w Ameryce lepiej się wiodło. I to działało. Dziś jest nam lepiej niż w 1940.

Po maturze oferowano mi możliwość studiowania prawa. Szkoły dawały, ale chciały w zamian coś ode mnie. Miałem grać w ich drużynach. Nie chciałem w to wchodzić, bo w tym czasie coraz mniej interesował mnie już sport. Każdy próbował jakoś na mnie zarobić. Widziałem to. Sport to w Ameryce żyła złota. Czysty biznes. A zwłaszcza sport kolorowy. Chcieli, żebym bym baseballistą. Odmówiłem. Powiedziałem „NIE”. Miałem zostać zawodowym graczem. Na treningu ktoś rzucił szybką piłkę prosto w moją głowę. Sto mil na godzinę, taka piłka może zabić, kiedy cię uderzy. „Nie. Nie wchodzę w to” zdecydowałem. Taki mieli zwyczaj. Mówili młodym, czarnym ludziom, co mają robić. Urządzali za nas życie.

Wybrałem muzykę, bo mogłem robić to, co chciałem. Podjąłem tą decyzję w wieku dziewiętnastu lat. Odtąd grałem tylko to, co chciałem, tylko w miejscach, gdzie chciałem i tylko z tymi, z którymi chciałem. Tak było.

Nie dorobiłem się pieniędzy. Mam kolegów, którzy grają dla każdego i z każdym. Zapraszali mnie na koncert do Białego Domu. Powiedziałem „NIE”. Miałem grać dla George’a Busha Seniora. Byłem przeciwny całej jego polityce. Nie chciałem, żeby ci ludzie mi klaskali. Na gitarze miał grać sekretarz Busha. Byłem przeciwny jego polityce, dlaczego więc miałem dla niego grać? Tylko po to by dopomóc mojej karierze? Inni ludzie poszli na to. Willie Dixon, Albert Collins, Joe Louis Walker. Grali z nimi. Ja nie chciałem „Co z tobą stary – namawiali - zagrałbyś w Białym Domu. A ja na to „NIE. Nie zrobię tego.” Zawsze byłem zaangażowany w politykę i starałem się postępować zgodnie ze swoim sumieniem. To dla mnie bardzo ważne.

W Ameryce, kiedy jesteś muzykiem, stale podróżujesz. Jedziesz tam, gdzie muzyka się dzieje. To oznaczało dla mnie ciągłe przeprowadzki. W latach 70-tych mieszkałem w Bostonie i w Los Angeles później poczułem, że scena przenosi się na południe do Teksasu, do Austin. Spotkałem zespół, który wtedy nazywał się Jimmie Vaughan and The Thunderbirds. Potem zmienili nazwę na The Fabulous Thunderbirds. Spotkałem ich w roku 1976. Mój przyjaciel Bob Margolin, który sam pochodził w Bostonu, grał w tym czasie u Muddy’ego Watersa. Zadzwonił do mnie i powiedział „Hey, man, widziałem świetny zespół, będzie grał dla nas support. Pakuj manatki i przyjeżdżaj do nas do Austin!”

Pojechałem do Teksasu. Był 14 lipca. Musiałem ich zobaczyć i zobaczyłem. Ktoś z zespołu Muddy’ego przedstawił nas sobie. Zagraliśmy razem, zajamowaliśmy, polubiliśmy się, zaprosili mnie do Teksasu. Była śnieżyca. Sypało jak diabli. A ja nie znosiłem śniegu. Zadzwoniłem do Jimmiego i powiedziałem, że nigdzie się nie wybieram. „Nic to. Przyjeżdżaj, bracie!”.

Wziąłem 44 dolary – dobrze to pamiętam - walizkę i bilet na Greyhounda. Wiem, szablonowa historia. Ale tak właśnie było. Zostawiłem Boston i pojechałem do Teksasu. Zatrzymałem się u Jimmiego. Nie byli jeszcze pewni, czy zechcę z nimi zostać. Potem trafił mi się wolny pokój w domu Keitha Fergusona, basisty Jimmiego. Nie ma go już z nami. Przeniosłem się do niego.

W domu obok mieszkał Kim Wilson – harmonijkarz, a naprzeciwko Steve, jak go wtedy nazywaliśmy – młody Steve Ray Vaughan, młodszy brat Jimmiego. Mieszkaliśmy wszyscy obok siebie. Jedna rodzina. I początek sceny bluesowej w Austin.

Do Bostonu wróciłem w 1981roku, kiedy scena w Austin zaczęła podupadać. Pojechałem do San Francisco, gdzie grali Robert Cray i John Lee Hooker. A potem, po kilku koncertach w Holandii, holenderski minister kultury zaprosił mnie do swego kraju.. Zawsze chciałem mieszkać w Europie, ogromnie interesowałem się filmem, w młodości chciałem być reżyserem. Tak – śmieje się Keith -wieloma rzeczami się wtedy interesowałem. Fascynowała mnie francuska Nowa Fala. Interesowałem się Europą i nie wahałem się długo. No i jestem.

Ważne by dawać ludziom muzykę i być w miejscach, gdzie muzyka się rodzi. Tak właśnie żyłem. Wspaniale jest osiąść w jednym miejscu, zapuścić korzenie, ale takie życie nie jest widać pisane.

Prosimy, żeby Keith opowiedział nam o swoich przyjaciołach. Przyjaźnił się blisko m.in. ze Steve Rayem Vaughanem.

Znałem Steve’a. Nie ma go już z nami. Trudno mi o tym myśle – głos Keitha cichnie, czuć, że te wspomnienia bardzo go poruszają - Pamiętam, jak odszedł. Nie było mnie przy tym. Mój agent zadzwonił, że Steve zginął w tym helikopterze. Nawet myśleć mi o tym trudno. Steve był wspaniałym, pogodnym, ciepłym i dobrym człowiekiem.

Dla ludzi był herosem gitary. On sam byłby tym bardzo speszony. Był wspaniały. Nigdy nie miał innego zawodu, całe swoje życie grał na gitarze, nie robił nic innego. Nie powinienem tego mówić, bo pójdzie to w eter – uśmiecha się Keith, puszczając do nas oko - ale Steviemu prawie stale brakowało pieniędzy. Tak było. „Mogę pożyczyć magnetofon? - prosił - pracuję nad piosenką.” „Pewnie, bracie.” I tyle widziałeś swój magnetofon. Był wspaniały, zawsze miał przy sobie gitarę, wciąż na niej grał, nawet kiedy otwierał ci drzwi trzymał w dłoni gitarę. Był gitarzystą, całe życie nie robił niczego innego, nie chciał niczego innego. Grał całe swoje życie tak samo dobrze, jak wtedy, kiedy widziałem go pierwszy raz. Grał wówczas z Johnem Hammondem, Arethą Franklin i z Bobem Dylanem. Jego muzyka niemal się nie zmieniła od tego czasu. Później zainteresował się tylko nieco bliżej muzyką Hendrixa i innych mistrzów gitary. Ludzie tego oczekiwali.

Tak to już jest w biznesie muzycznym. Sława to kwestia szczęścia. Trzeba być we właściwym miejscu we właściwym czasie. Ktoś zobaczył Steve’a i zdecydował, że zrobi z niego gwiazdę, ale tak naprawdę jego muzyka niemal nie zmieniła się od czasów kiedy zarabialiśmy obaj 15 dolarów za noc. A kiedy ostatni raz go widziałem brał 15 tysięcy za wieczór. Muzyka była ta sama, i on był taki sam. Przemysł muzyczny jest nastawiony na pieniądze, jeśli ktoś zdecyduje, że będziesz wielki – to będziesz.

Steve był sobą do końca. Miał problem z alkoholem i narkotykami, starał się poradzić sobie z nimi, robił wspaniałe rzeczy dla innych. A potem zdarzyła się ta sprawa. Eric Clapton, Steve, Albert Collins i Robert Cray grali wtedy razem. Clapton zdecydował, że nie poleci helikopterem. Steve powiedział „W takim razie ja polecę” i zajął miejsce Erica. Clapton nigdy potem nie był już taki sam. Clapton się zmienił, jego muzyka się zmieniła.
Steve był wspaniały. Miło widzieć, że ludzie go słuchają i uważają że jest wielki, choć on sam byłby tym ogromnie zażenowany. Nie podobałoby mu się, był skromnym człowiekiem.

Padają pytania o wyjazd z Ameryki. Czy Keith uczynił to z powodów ideowych?

Moje poglądy były zawsze lewicowe. Nie zmieniłem ich w żadnym z krajów, w których mieszkałem. Nie jestem jednak przeciwny samej Ameryce. To mój kraj. Jestem w Europie, bo chce tu być, nie dlatego, że nie chcę mieszkać w Ameryce. Staram się odnajdywać wszędzie dobre strony. Zawsze i wszędzie żyć w zgodzie z samym sobą. Jestem więc w Europie dlatego, że tego chcę.

Jakie widzę różnice? W Ameryce, jeśli jesteś muzykiem i grasz w klubach, dla właściciela liczy się tylko bilans zysków. Ile zarobił, ilu przyszło ludzi, ile sprzedał piwa, ile napiwków zostawiono w toalecie. To wielka presja. W Europie macie o wiele więcej imprez subsydiowanych. Nacisk kładzie się na kulturę, na walory artystyczne, a nie na zyski. To fundamentalna różnica.

Z drugiej strony publiczność amerykańska naprawdę wie, czego słucha. Na tej muzyce wyrosła. To muzyka ich kraju. Oczywiście i to się zmienia. Europejczycy coraz więcej wiedzą o muzyce napływającej do ich krajów.
Najważniejsze dla mnie jest to, że w Europie nie gra się dla zysku. Że nie muszę się targować. Nigdy mi to nie leżało. To dobra rzecz.

Co Keith sądzi o Europejczykach grających bluesa?

Well – śmieje się Keith – pamiętam, że ktoś zapytał o to samo Muddy’ego Watersa. „Cóż, z graniem sobie radzą, gorzej ze śpiewaniem”. Muzyka to po części forma, której można się nauczyć. Znam muzyków, którzy nauczyli się jej bardzo dobrze. Niektórzy potrafią też świetnie śpiewać. Mamy tu na sali dobrego śpiewaka – Keith wskazuje w stronę Bartka Przytuły – Ten człowiek naprawdę potrafi śpiewać. Problemem bywa akcent. Zwłaszcza kiedy wokalista mierzy się z utworami rozsławionymi wcześniej przez jakąś sławę bluesa. Bywa i tak, że nie rozumiem ani słowa, choć słyszałem jakiś utwór tysiące razy.

Jeśli mnie zapytacie, czy Europejczycy umieją grać i śpiewać czarny, amerykański blues, trudno mi będzie odpowiedzieć twierdząco. Jeśli mowa o syntezie stylu, jego nieco zmodyfikowanej formie – jest to możliwe. Nie będzie to jednak blues Muddy’ego Watersa, czy Roberta Johnsona. Nie będzie to blues czarnych Amerykanów. Przynajmniej dla mnie. I może wcale nie musi być. Współczesny blues przybiera wiele różnych form. Blues zaczął ewoluować na europejskim gruncie. Musiał się zmienić. To nie Missisipi.

I ja nie pochodzę z Missisipi. Mój blues także brzmi odmiennie. Słucham jazzu, skupiam się na głosie, na melodii. Mój dobry przyjaciel, Billy Boy Arnold gra prosto – tu Keith sięga po harmonijkę – ja sam gram zupełnie inaczej – kontynuuje wplatając w melodię ozdobniki i rozwijając ją na podobieństwo barwnego kobierca – Billy Boy nigdy by tego nie zrobił. Ale ja lubię melodię. I staram się wplatać ją w utwór. To moja muzyka, moja wersja bluesa.

Chcecie grać bluesa? Znajdźcie własny głos. Własną drogę. Adaptujcie muzykę. Adaptujcie ją w swoim własnym, osobistym stylu. Wtedy stanie się wasza. Przestanie być czymś, co jedynie usilnie staracie się kopiować. Kopiowanie to bardzo trudne zadanie. Może nawet niemożliwe. Nauczyłem się tego w młodym wieku.
Starajcie się odnaleźć własny styl. Starajcie się grać własne utwory. Wówczas nie będzie ważne skąd pochodzicie. Bo to będzie wasza własna muzyka.

Pada pytanie o wyścig szczurów, jaki panuje w showbiznesie

Brzydzę się nim. I wszelkim wymuszonym współzawodnictwem.Za dużo w nim blichtru, dbałości o strój, o przyjemny wygląd. Ducha zastępuje się całym tym niepotrzebnym sztafażem. Istotą muzyki jest dzielenie się nią z ludźmi. Ważne by swoją muzyką dawać ludziom radość, sprawiać, by ich życie było szczęśliwsze.

Zbyt często spotykam dziś ludzi pochłoniętych sobą. „Jestem najlepszy, najzdolniejszy. Nie ma lepszego ode mnie”, „Mam lepszy wzmacniacz od ciebie”. Źle to rokuje muzyce, bardzo źle. Współczesne życie wymusza takie postawy. Nie podobają mi się one. I staram się unikać ich, jak ognia.
Zdarza się, że ludzie podchodzą i chcą się ze mną zmierzyć. Odwracam się wtedy i odchodzę. Nie chcę się z nikim mierzyć, z nikim konkurować. Dlatego rzuciłem sport. W Ameryce sport to biznes. Niedobrze mi się robi na samą myśl, jak daleko to zaszło.

Czy blues jest nadal żywą formą wyrazu, czy tylko muzyczną tradycją?

Młodzi ludzie w Stanach nie chcą słuchać bluesa. Z biegiem lat blues stał się klasyczną formą muzyki. Promuje się go, podobnie jak w waszym kraju promujecie muzykę waszego sławnego kompozytora – Chopina. Blues miał swoje wielkie dni. Instrumentalne utwory Little Waltera lokowały się kiedyś na szczycie listy przebojów. Trudno w to uwierzyć, ale tak właśnie było. Puszczały je wszystkie stacje radiowe. Większość młodych ludzi, zwłaszcza czarnych uważa zapewne bluesa za coś staromodnego. A jednak w Stanach coraz więcej młodych ludzi – białych i czarnych – zaczyna grać bluesa. A przynajmniej tak było dziesięć lat temu, kiedy wyjeżdżałem z Ameryki. Dużo dają też programy edukacyjne typu „Blues At Schools”. Fantastyczna sprawa.

Dzieciom w szkołach opowiada się o bluesie. Firmy muzyczne sponsorują zakup instrumentów – gitar, harmonijek, bębnów. Darowują je szkołom, a młodzi ludzie zaczynają grać bluesa. Co więcej, robią to dla przyjemności!
O tak, edukacja bluesowa jest niezmiernie istotna. Musimy wychodzić z muzyką do młodych ludzi. Dzięki temu młodzi znów będą grali bluesa.

Ludzi, których Keith spotykał, my znamy głównie z filmów. Co sądzi o produkcjach typu „Cadillac Records”?

Cóż... ciężko mi się je ogląda. Znałem wielu z tych ludzi i wierzcie mi, bohaterowie filmu ich nie przypominają. Nie miałem siły obejrzeć filmu do końca – śmieje się Keith – ale doczekałem napisów, żeby dowiedzieć się, kto go wyprodukował. „No tak, i wszystko jasne”. Hollywoodzka produkcja. Z drugiej strony cieszyłem się, że ktoś w ogóle myśli o kręceniu filmów o ludziach bluesa.

Co w bluesie zmieniło się na lepsze, a co na gorsze?

Pamiętam czasy, kiedy w sklepach muzycznych były może dwie bluesowe płyty na krzyż. Dziś mój dwudziestodwuletni perkusista może przynieść ze sklepu ze dwadzieścia płyt Muddy’ego. Nie jedną, ale całą kolekcję. Muzyka stała się dużo łatwiej dostępna. Łatwiej jest też zacząć grać.
Czego mi brakuje? Osobistego kontaktu. Pozytywnego przykładu. Kiedyś mogłeś pójść do klubu, usiąść przy jednym stoliku z Muddy’m, uciąć sobie z nim rozmowę. Bardzo trudno zastąpić czymś takie doświadczenie. Wielu wielkich bluesmanów już odeszło. Nie ma ich z nami. Z drugiej jednak strony wiedza stała się o wiele łatwiej dostępna, możemy czerpać z tak wielu styli.

Co Keith radzi młodym muzykom?

Najważniejsza w muzyce jest pasja. Ale i praca. Trzeba poważnie podchodzić do wszystkiego, co się robi. Starać się być profesjonalistą. A także żyć w zgodzie ze sobą. Jeśli nie jest ci dobrze z samym sobą i innym nie będzie z tobą dobrze. Co jeszcze? Wierzyć w to, co się robi. Jeśli ludzie tego nie zaakceptują – trudno.

Powiem wam coś. Kiedy byłem nastolatkiem, był właśnie szczyt ery disco. Grałem bluesa na ulicy. W czarnej dzielnicy. Ludzie zaczęli rzucać mnie kamieniami. Moi ziomkowie. Tylko dlatego, że nie grałem muzyki, której chcieli słuchać. Bardzo trudno było mi z tym żyć. Ale ja podjąłem decyzję. Będę robić to, w co wierzę. I to wystarczyło, żebym się nie poddał. Mogłem się poddać, albo robić swoje. Zdecydowałem, że będę robił to, w co wierzę. I wy tak róbcie. Nie zwracajcie uwagi na to, co ludzie o was mówią, róbcie to, co uważacie za słuszne.

Ja sam wciąż się uczę. Powinienem ćwiczyć codziennie, wiem – śmieje się Keith – ale nie zawsze mi to wychodzi. Także teraz pracuję nad nową muzyką. Staram się uczyć od każdego, kogo spotykam. Jeśli czujecie, że nie podoba wam się czyjaś gra, postarajcie się zaobserwować, co wam się w niej nie podoba. I to czegoś was nauczy. Ja uczę się każdego dnia.

Nie słuchajcie tylko harmonijki. Starajcie się uczyć słuchając innych niż wasz instrumentów – gitary, pianina. Sam wiele nauczyłem się od gitarzystów i pianistów. Słucham też wielu innych gatunków muzycznych. Cenię muzykę cygańską. Przed laty w Zakopanym spotkałem kobiety śpiewające pieśni z waszych gór. Pamiętam, że poprosiłem wtedy znajomych, żeby pokazali mi polską muzykę. Wzięli mnie na dyskotekę i puścili Madonnę – śmieje się Keith – „O nie!” powiedziałem im. „Weźcie mnie w góry”. Słyszałem już wcześniej o muzyce górali. Zachwyciła mnie. W muzyce fascynuje mnie melodia. Nie staram się imponować techniką, grać głośno, ani twardo, być macho. Lubię łagodne dźwięki.

Starajcie się być profesjonalistami, bądźcie punktualni, szanujcie innych, starajcie się ich przekonać do swoich pomysłów, ale nie wymuszajcie ich, miejcie cierpliwość. Szanujcie samych siebie, wówczas ludzie będą szanować was. A jeśli nie znajdziecie zrozumienia, bądźcie silni. Powiedzcie sobie „OK. Wiem, że robię dobrze. To stroma i kamienista droga, ale jedyna, którą warto podążać. Głęboka i prawdziwa. Róbcie tak, a ludzie do was przyjdą.

Tłum. by_ingeborg
Dziękujemy Keithowi Dunnowi i organizatorom za wyrażenie zgody na opublikowanie wywiadu!
foto: http://www.keithdunn.com
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/aktualnie 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2019-12-15
11 lat temu...
2008.12.15 w Londynie zmarł w wieku 68 lat Davy Graham, jeden z najbardziej wpływowych gitarzystów brytyjskiego folku, twórca Anji,mistrz Paula Simona i Jimmiego Page'a.
www.davygraham.com
 
  reklama  
 
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2019 ..::bestyjek::..