reklama  
 
  play  
Wtorek, 31 Marca w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI : JOE BONAMASSA - REDEMPTION (2018)



NOWOŚCI : BETH HART - FRONT AND CENTER (Live From New York) (2018)



NOWOŚCI : DAVE MATTHEVS BAND - COME TOMORROW [2018]



NOWOŚCI : Tedeschi Trucks Band - [2019] - Signs



Bluesdelta
  Aktualnie: "Alan Lomax - Negro Prison Blues&Songs - Negro Prison Blues&Songs 05 - Jumpin` Judy"
jazz
  Aktualnie: "Jaroslaw Smietana - Live At The Jazz Jamboree - Back To The Roots"
standard
  Aktualnie: "Jimmy Rushing - The Great Blues Men - How Long, How Long Blues"
soul
  Aktualnie: "Irma Thomas - Live! Simply the Best - You Can Have My Husband"
bluesrock
  Aktualnie: "Barefoot Servants - Barefoot Servants - Jealous Man"
polskiblues
  Aktualnie: "Magra Piskorczyk (with Billy Gibson) - Afro Groove - Too Much Stuff"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  reklama  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [4750211]  Wizyt łącznie
 [1678]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [278]  Zarejestrowanych użytkowników
 [0]  Zalogowanych

 [907]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [21]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  reportaże i wywiady  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
BLUESROADS 2011. MAREK WOJTOWICZ O GOSPEL-BLUESIE I SHRIMP CITY SLIMIE
Autor: administrator, 2011-06-04 13:47:00
BLUESROADS 2011. MAREK WOJTOWICZ O GOSPEL-BLUESIE I SHRIMP CITY SLIMIE.

Z Markiem Wojtowiczem spotkaliśmy się w saloniku prasowym Bluesroads. Poprosiliśmy, żeby opowiedział nam o Gary’m Erwinie, czyli Shrimp City Slimie, znanym i cenionym w naszym kraju pianiście z Południowej Karolinie, którego koncert uświetnić miał festiwalowy wieczór. Marek i Gary spędzili razem wiele czasu. Łączy ich miłość do korzennego bluesa, podobnie rozumieją muzykę, mają wspólne plany. Gary gościł niedawno na Motywach Bluesa, festiwalu bluesowym już od trzech lat organizowanym w Raciborzu przez Marka Wojtowicza. Podobnie jak Marek, Gary wierzy w moc edukacji muzycznej i angażuje się w promowanie tradycyjnego bluesa. Po raz pierwszy przyjechał do Polski w 2008 roku na zaproszenie Agencji Delta. Akompaniował wówczas Wandzie Johnson. Dziś gości w naszym kraju jako solista i wykładowca.

I: Słyszeliśmy, że Gary jest z pochodzenia Polakiem, czy to prawda?

M.W.: Tak, Gary urodził się w rodzinie o polskich korzeniach. Jego dziadek, Erwin Czerwiński, w 1911 roku przyjechał do Stanów z Bydgoszczy. Gary cieszy się bardzo z tego, że po raz kolejny może odwiedzić kraj swoich przodków. Urodził się w Chicago, jest w połowie Włochem, a w połowie Polakiem. Dodam jeszcze, że ożenił się z Wietnamką urodzoną we Francji. Dzisiejszy koncert i warsztaty to część jego europejskiej trasy. Po koncercie na Bluesroads jedzie do Dortmundu, gdzie zagra z Professorem Bottleneckiem, a później ruszy dalej do Holandii. Gary organizuje w Stanach jedenaście festiwali, jeden z najbardziej znanych to Lowdown Country Blues Bash Festival, ale są i inne. Promuje lokalnych artystów, ściąga muzyków z Europy. Ja sam miałem dwa lata temu propozycję, żeby zagrać u Gary’ego. Wówczas się nie udało, z powodu braku pieniędzy, ale staramy się utrzymywać kontakt, żeby w przyszłości rozwinąć jakąś ciekawą współpracę. Cenię Gary’ego, jest niezwykle czytelny i komunikatywny jako człowiek i bluesman.

I: Jak Gary oceniał polskie warsztaty? Wiem, że sam również czynnie angażuje się w projekty edukacyjne?

M.W.: Był zdziwiony rozmachem krakowskich warsztatów, ich liczbą, wielością uczestników. W Stanach z takimi warsztatami jest różnie, nie ma aż takiego zainteresowania. W samym Raciborzu na jego warsztatach było piętnaście osób, zagraliśmy z Nim na gitarach. I w Raciborzu, i tu w Krakowie, Gary był zaskoczony poziomem, zaciekawieniem ludzi. Kiedy dziś - gdy nasza kultura jest trochę „przycięta”, żeby nie powiedzieć przetrącona – widzi się szesnasto-, osiemnastolatków, którzy przychodzą na warsztaty i chcą się nauczyć bluesa, aż serce się raduje. Tendencja jest progresywna, a każdy taki rodzynek przychodzący na warsztaty to nowa szansa, nowa nadzieja i to jest naprawdę świetne. Na zajęciach Gary liczył, śpiewał, pokazywał dokładnie, jak należy uderzać w klawisze, demonstrował układy palców. Później każdy siadał do fortepianu i mógł poćwiczyć pod okiem Gary’ego. Atmosfera była luźna, nieskrępowana, z zajęć można było wiele wynieść, przynajmniej w zakresie podstaw, bo wiadomo - ile można zdziałać w ciągu zaledwie dwóch godzin.

I: Podobno Gary wychowywał się w muzykalnej rodzinie, miał kilkoro rodzeństwa, które również grało?

M.W.: O ile pamiętam tego rodzeństwa było pięcioro, trzech braci i dwie siostry, albo na odwrót, dokładnie nie pamiętam. Wszyscy byli muzykalnie ukierunkowani. W tym domu trzeba było grać [śmieje się]. Były akordeony i różne inne instrumenty, również i klawisze. Jego mama grała na klawiszach. Gary wyrósł w domu pełnym muzyki, niemały wpływ na jego rozwój miał sam fakt, że urodził się w Chicago. Wiadomo, Maxwell Street, i ta cała atmosfera. Wielokrotnie w naszych rozmowach Gary wspominał muzyków z Maxwell Street, najbliżsi są mu jednak ci z Południowej Karoliny, gdzie dziś mieszka. Wielu z tych czarnych muzyków w ogóle nie zabiega o karierę, o jakiś sceniczny blichtr, gwiazdorstwo.

Gary próbuje im managerować. Tak zresztą się poznaliśmy. Trafiłem do niego, bo poszukiwałem kontaktu do Drink Smalla. Ktoś podesłał mi wtedy maila do Gary’ego. Odpisał mi niestety, że Drink Small nie lata samolotem. Powiedział mi za to „Ale ja gram Marek”. Wszedłem na jego stronę, zacząłem słuchać, Gary gra różne rzeczy, nie gra tylko bluesa, choć to akurat moim zdaniem robi najlepiej. Obok rzeczy czystych gatunkowo gra różne takie, jak ja to nazywam ‘połamane historie’, które też mu pięknie wychodzą. Jest też showmenem, mawia zresztą - podobnie jak w ubiegłym roku Keith Dunn, który był na moim festiwalu - że dziś bluesa należy traktować ‘tanecznie’, a wyjście na scenę ma być zabawą. Fortepian jest specyficznym instrumentem, niesamowicie melodyjnym. Wystarczy spojrzeć jak Gary gra, kiedy siedzi przy keyboardzie, pracuje całe jego ciało, gra całym sobą. I ta jego bardzo ciekawa jak na białego wykonawcę barwa głosu. Wypowiadam się teraz jako muzyk, a nie jako krytyk muzyczny.

Gary to również prywatnie niezmiernie ciekawa postać. Wiele godzin spędziliśmy rozmawiając o bluesie. Nawiązaliśmy naprawdę fajny dialog. Podobnie jak dla mnie, blues ma dla Gary’ego taki personalistyczny, osobisty wymiar. Weźmy na tapetę takiego Otisa Spanna – to ciągle jeden i ten sam blues – ale jego wnętrze, wymiar duchowy tej muzyki, sprawia, że nie sposób pomylić go z nikim innym. Warto pamiętać, że blues nigdy nie był muzyką schematyczną, ludzie go głęboko przeżywali. Feeling pochodzi nie z głowy, tylko z serca. Spójrzmy na Roberta Johnsona, na jego biografię, wysoki głos, przejmującą gitarę, ile w jego grze głębi, „mroku’, nostalgii itp. Spójrzmy na muzykę Sona House’a, gdzie wszystko aż „trzeszczy” do granic wytrzymałości, gdzie z faceta pot leje się na scenie, gdzie widać jak na dłoni jego cierpienie, jego ból, pasję. Spójrzmy na całe to piękno związane z wnętrzem człowieka - Gary ciekawie to podkreśla w rozmowie. Ilu ludzi, tyle emocji. To właśnie sprawia, że blues jest tak barwny. Wielu ludzi ogranicza się do wysłuchania dwóch, trzech, czterech kompozycji bluesowych i stwierdza - „przecież to wszystko takie same”, a to nie jest prawdą! Kiedy „wejdzie” się w bluesa od środka, przeżyje go, poczuje, widać jak na dłoni: ten grał tak, tamten inaczej, a wszystko to wyrasta z jednego fundamentu. Myślę sobie, że właśnie na tym polega uroda bluesa.

Wracając do zlepku gospel – blues, o którym mówił Gary, aż do lat 60-tych blues był bardzo mocno związany z gospel. Później niestety ta żywotna więź zanikła. Taki już los muzyki w naszym zeświecczałym świecie. Dominacja zysku sprawia, że czyści się muzykę z wszelkich elementów, które gorzej się sprzedają.

Son House nie na darmo mawiał „Trzeba nie bluesa głosić, tylko gospel bluesa” [„I got to preach these gospel blues!”, Preaching the Blues, Part 2]. Rzecz jasna nie on pierwszy był orędownikiem wartości duchowych w bluesie, przed nim było wielu, wielu innych, których nie znamy, których nie nagrano, myślę jednak, że to czego dokonał Son House, odcisnęło trwałe piętno na historii muzyki, jeśli chodzi o patenty gitarowe i o styl śpiewania. Przy jego pieśniach ręce wznoszą się same w uniesieniu, a synkopowane rytmy wprowadzają słuchacza w trans, uniesienie bliskie religijnemu.

Blues bez wartości gospel, bez odwołania się do Boga, miłości i nadziei byłby czystą depresją Czarni na Południu byli głęboko związani z kościołem, był on dla nich ostoją i źródłem nadziei. Spotykali się by tańczyć w kręgu, śpiewając spirituals? Potrafili tak tańczyć godzinę albo i więcej, po czym wpadali w stan ekstazy, padali na ziemię w uniesieniu, wykrzykując jeden czy dwa wersy na chwałę Boga. Świetnie pisze o tym William Ferris w „Give My Poor Heart Ease”. Czytamy tam, że gospel i blues to dwa równoległe światy. Bluesa nie da się zrozumieć, ani pojąć bez gospel. Pewnie, można zajmować się bluesem bez gospel, ale będzie to płytkie, rzemieślnicze odtwarzanie schematu bluesowego, głośne, hałaśliwe, krzykliwe granie. Nie ma w tym wiele z bluesa. Blues to coś głębszego, stan, kiedy człowiek biorąc instrument do ręki sięga głębin własnej duszy.

Czarni mawiali, że blues musi być „moan”, jęczący, zawodzący, z charakterystycznym zaśpiewem. We wczesnych bluesach odniesienie do moan jest niezmiernie wyraziste, posłuchajmy choćby śpiewu Roberta Johnsona. Dziś słychać to już coraz rzadziej.

I: Masz na myśli lament bluesowy? Spotkałam się z takim właśnie tłumaczeniem słowa „moan”

M.W.: Lament ? Przyznam, że słowo lament jest dla mnie zbyt ułożone [śmieje się]. „Moan” to wyciskanie, wyrywanie z siebie czegoś w wielkiej potrzebie szukania. Jak pisze Leroy Johnes, czarnoskóry poeta i badacz bluesa: „początkiem całego bluesa jest gospelowy shout”, nie plantacja, nie ciężka praca. To też, ale potem. U źródeł bluesa stało głębokie, wewnętrzne pragnienie ulgi w cierpieniu.

Pomyślmy jakim ucisku żyli czarni w tych wszystkich Angola Prison Farm, pracując ponad ludzkie siły przy potężnej wilgotności. Gary opowiadał mi, że w Południowej Karolinie – kiedy będę tam w przyszłym roku może sam się przekonam – wilgotność powietrza przekracza 90%. Wyobraźmy sobie pracę w tym klimacie, biali nie byliby w stanie znieść takiego wysiłku. Tylko czarni mogli jej podołać. Traktowani byli przy tym nie lepiej od zwierząt, pracowali na granicy wyczerpania, a ich los był niewiele lepszy, niż gdyby siedzieli w więzieniu.

I: W „Blues Boy: the life and music of B.B. King” Sebastiana Danchina, B.B King wspomina z goryczą, że podczas wojny był we własnym kraju traktowany gorzej od niemieckiego jeńca.

M.W.: Czarni na Południu byli w sytuacji tak potężnego ucisku, że gdyby blues nie zapewniał im duchowej pociechy, ta presja by ich złamała.
Blues służył temu, by człowieka podnieść w cierpieniu, mawia Gary. Był ostoją, kołem ratunkowym, wyciągniętą ręką. W tym, co mówię są i moje przemyślenia, ale to w pierwszym rzędzie rzeczy zaczerpnięte ze źródeł anglojęzycznych, nie z publikacji polskich, które czasami są wątpliwej jakości. Nie każdy z publicystów zadaje sobie wysiłek, żeby sięgnąć głębiej.

Wracając do wypowiedzi Gary’ego, jeśli przyjąć, że blues był liną, kołem ratunkowym w trudnym położeniu, musiał być na wskroś duchowy. Jak pięknie ujął to Pete Welding w książce „.Bluesland” wychodząc z kościoła czarni mieli gotowego bluesa, przerabiając pieśni kościelne, jeżeli natomiast chodzi o sposób ślizgania się po strunach gitary, slide, pomiędzy bluesem i gospel nie ma żadnej istotnej różnicy.

I: Rok temu, podczas spotkania w krakowskim Instytucie Muzykologii, Keith Dunn zapytany o to, czy będąc białym można grać bluesa, powiedział coś w tym rodzaju:„No wiesz, jesteś biały, nigdy nie będziesz czarnym bluesmanem, więc nie udawaj czarnego bluesmana. Nie graj mi tu czarnego bluesa, bo nie urodziłeś się nad Mississippi, nie nasiąkałeś tym klimatem. Czy miał rację?

M.W.: Można przyjąć i taką koncepcję. Ale wiesz, B.B.King kiedyś powiedział tak: „W muzyce ważne są kolory, ale nie kolor skóry”. Żeby nie skłamać B.B. powiedział „ważne są kolory w muzyce”, a ja dodałem „ale nie kolor skóry”. W którejś z moich publikacji już o tym wspominałem. Trzeba wziąć pod uwagę, że wielu czarnych jest w dalszym ciągu niezwykle zamknięta, jeśli chodzi o otwieranie się na relacje z białymi. Wielu do tej pory chce traktować bluesa jako własne dziedzictwo, do którego biali nie mają przystępu. „Ja się tam urodziłem, ja tam grałem, ja tam śpiewałem, ja byłem na polu bawełny, nogę zamoczyłem w Mississippi. I tak dalej... Wynocha „białasy”, wara mi od tego!” Keith Dunn grywa z białymi, czyżby brak konsekwencji, a może komercja w bluesie? Osobiście powiedział mi, ze ma bardzo dobry zespół w Holandii. Zatem o co chodzi?

Tak bywa, ale skoro blues właśnie dzięki białym, a nie dzięki czarnym - trzeba to jasno powiedzieć - został rozpropagowany na świecie, poprzełamywał liczne bariery i granice, jest grany dziś jak świat długi i szeroki, ludzi powinien przestać drażnić kolor skóry. Taka ortodoksja, myślenie, że tylko czarni mają prawo grać bluesa, nie przystaje myślącemu człowiekowi. Trzeba się z tego wyleczyć. Ja też będąc białym mam serce, też mam swój feeling, czuję może inaczej, ale czuję. Elementy czarnego feelingu są rzecz jasna obecne w moim graniu, ale nie jestem ani Keithem Dunnem, ani Sonem Housem, ani Lightin’ Hopkinsem, ani Bukką Whitem. Gary mi powiedział kiedyś: „w muzyce, którą grasz wszystkich ich słychać. U mnie tak samo – kiedy posłuchasz chwilę, znajdziesz Memphis Slima, znajdziesz Willie Mabona.

Weźmy Shrimp City Slima. Grał z czarnymi, mieli jakiś tour powiedzieli mu „Gary Erwin to takie niebluesowe nazwisko, musisz chłopie coś wymyślić, żeby brzmiało bardziej swojsko. Wiadomo Charleston to miasto portowe, blisko związane z morzem. Jada się tam wiele owoców morza, to takie Shrimp City - Miasto Krewetek. Gary zresztą bardzo je lubi. A dlaczego Slim? Dlatego, że pianistów Slimów, i w ogóle Slimów w bluesie było wielu. Slim to imię charakterystyczne dla bluesa. Nie musi to być ktoś szczupły, to może być równie dobrze grubas, byle grał bluesa i robił to dobrze.

I: A dlaczego Południowa Karolina, a nie na przykład Nowy Orlean? Czy Gary wspominał coś o powodach przeprowadzki? Poszukiwał inspiracji?

M.W.: Tego nie wiem. Nie wspominał, jaka była przyczyna. Nie zadałem mu tego pytania. Wiem natomiast, że jest wielkim znawcą Piedmont Bluesa. Rozmawialiśmy o takiej tendencji, że dziś wielu białych chce grać jak czarni, a wielu czarnych, chce grać jak biali [śmiech].
Mówiliśmy też o kolorze skóry. Gary wspomniał, że to, co gram, jest takie czarne. Kocham czarny feeling, to prawda, ale słucham i wielu białych wykonawców. Nie trzeba daleko szukać. Gary jest jednym z tych, których naprawdę chętnie słucham. Gary jest białym człowiekiem, ale to czarni wyszli z inicjatywą nadania mu bluesowego imienia. Tak to właśnie jest. Jedni czarni się zamykają, inni wręcz przeciwnie.

I: W magazynie „Ebony” spotyka się podobne postawy, napastliwe, panafrykańskie. Przeczytamy tam, że biali ukradli bluesa. Czarni go wymyślili, a biali przywłaszczyli sobie patent i zarobili na tym krocie.

M.W.: Wiesz, jakaś prawda w tym jest. Ale też nie było tak do końca, w końcu Muddy Watersowi cadillaca jednak kupili i tupecik mu na głowie zrobili [śmieje się]. W pewnym okresie nawet dobierano mu muzyków, bo „czyszczono” bluesa na użytek komercyjnych działań. Jest i grupa muzyków, którzy przyjechali do Europy i w dobie bluesowego reviwalu lat 60-tych zrobili tu niebywałą karierę. Wielu nad podziw dobrze tu się miało. Big Joe Williams, Sonny Boy Williamson. Wszyscy oni traktowali Europę jak Mekkę. Grali nie tylko na licznych festiwalach, ale i na uniwersytetach. Nic dziwnego, to był fenomen, rewolucja, sposób ich grania nie miał nic wspólnego z europejskim rozumieniem muzyki, te pulsacje, rytmy, ta polirytmia, ten drive, groove muzyczny. Zupełnie inna przestrzeń, sposób wydobywania dźwięku, śpiewania.

Na tej fali wypłynęli Brytyjczycy, Mayall, Clapton, Korner. Cóż, prawdą jest, że trochę przycięli tego bluesa, podchodzili do niego na zasadzie z głowy, ale dzięki nim i pewnej modyfikacji, uproszczeniu (granie poprzeczne na gitarze) bluesowego idiomu, ten groove zaczął się rozprzestrzeniać na całym świecie. Europa nadal zresztą jest postrzegana przez Amerykanów jako dobre miejsce do grania Tak twierdzi choćby Keith Dunn.

I: Zakładam Marku, że nie spocząłeś póki nie opowiedziałeś Gary’emu o polskim bluesie. Jak odebrał polską scenę, polskich muzyków?

M.W.: Gary uważa, że nadzieją jest w tych młodych, że to jest taka jak określił potencjalna sytuacja, że jeśli młodym się ten idiom sprzeda odpowiednio mądrze, edukacyjnie, to będzie świadomość bluesa. Jeśli ludzie nie będą wiedzieli co to jest blues, to będą się soft rockiem cały czas zajmować. U nas w Polsce króluje rock blues, funky, to samo jest w Stanach, głośne, ostre granie, dla rozrywki, bo dzisiaj ludzie są tygodniem pracy tak zmęczeni, że jak przychodzi sobota, nie chcą niczego zaangażowanego, aby przeżyć coś głębiej, chcą odreagować.

I: Zapoznałeś Gary’ego z naszymi projektami akustycznymi?

M.W.: W Raciborzu Gary miał okazję poznać muzykę Marka Makarona, pokazałem też w tym roku Pepa Streichla z Opawy. Pepa silnie inspiruje się bluesem. Jak wielokrotnie podkreślałem, mój festiwal nie jest stricte bluesowy, bo ciężko u nas o krystalicznie czystego bluesa. Takiego można dziś znaleźć chyba tylko gdzieś na głębokim Południu Stanów. Jeśli to możliwe, na moim festiwalu chcę mieć muzyków możliwie najbardziej bluesopodobnych, albo takich, którzy się mocno bluesem inspirują. No i pokazałem Pepa, to rzut beretem za granicę do Czech. „Skoro jest tak blisko – mówię Gary’emu - to jest okazja, popatrzysz, posłuchasz, jak brzmią bluesowe songi po czesku. Inny język, troszeczkę inna kultura niż nasza, ale w sumie bardzo nam bliska.” Dodam, że Gary nie zna polskiego, pamięta tylko cztery słowa: „dzień dobry”, „piwo” i „krewetka”. „Dobrze – powiedział – jeśli w Polsce jest ktoś kto śpiewa po polsku, to jest dobrze”.

I: Jak Gary odebrał bluesa śpiewanego po polsku? Ostatnio wiele się u nas mówi o tym, czy bluesa powinno się śpiewać po polsku, czy po angielsku.

M.W.: Powiem tak: moim zdaniem bluesa sensu stricte, którym ja chcę się zajmować, należy śpiewać po angielsku, ale już rzeczom takim, jakie robi na przykład Marek Makaron nie stawiałbym takich barier. Marek mówi wyraźnie, że to co gra nie jest bluesem. Inspirując się Mississippi Fredem McDowellem wydobywa z jego muzyki pewne elementy – proszę bardzo, nie ma problemu, to oczywiste, kiedy muzyk jest kimś zainspirowany – przeobraża je, transformuje i z tego powstaje nowa wartość - muzyka Marka Makarona. Kiedy się jej słucha, słychać te inspiracje. I to jest OK. Pepa Streichl śpiewa po czesku. Czeski brzmi w naszych uszach nieco komicznie, a nasz język jest komiczny dla Czechów. Sentymentalizm Pepa i jego zagrywki są ewidentnie bluesowe. Bluesowe jest i to co robi Pepka, ten jego bluesowy wokal, śpiewanie o gnębiących go problemach. To człowiek strasznie schorowany, ale też bardzo urokliwy. Kiedy rozmawialiśmy z Garym, mówił, że mu się to podoba.

Nie mam nic przeciwko śpiewaniu bluesa po angielsku przez białych, stawia tylko jeden warunek, żeby ludzie wiedzieli o czym śpiewają. Nie jest to żadna krytyka pod kątem polskiego środowiska bluesowego, czasami jednak mam wrażenie, że ludzie w Polsce śpiewają nie wiedząc o czym. Można rzecz jasna mechanicznie odtwarzać angielskie słowa, tylko po co ?

Ludzie wiedzą, że my nie jesteśmy native speakerami, że nie urodziliśmy się z tym językiem, ale pozwól, że zacytuję Muddy Watersa – Muddy był w podobnej sytuacji, jak my dziś, on też nie znał dobrze języka angielskiego, został wrzucony w nowy dla siebie kontekst i nie był w stanie posiąść angielszczyzny literackiej, American English, którym dziś mówi się w Stanach. Muddy powiedział kiedyś: „Będziecie się śmiali z tego, jak mówię po angielsku, jak wymawiam, ale nie to jest ważne, ważne jest to jak gram, jak oblewa mnie pot, kiedy próbuję tego bluesa w bólu z siebie wyrzucić... A z języka mojego będziecie się śmiali.” – pozwolę sobie sparafrazować.

Keith Dunn, który rok temu gościł u mnie w domu, był podobnego zdania odnośnie kwestii językowej. Pamiętam, że chciałem wówczas koniecznie spisać tekst „I be bund to write to you”, kompozycję Muddy’ego z nagrań plantacyjnych. Były tam dwa wersy, z którymi nie mogłem sobie poradzić. Spisałem wszystko, ale tych dwóch nie byłem w stanie. Wziąłem więc słuchawki, założyłem Keithowi na uszy i puściłem mu to nagranie. Przesłuchał je chyba z pięć razy i powiedział „Nie wiem - po czym dodał - ale wiesz Marek, ja do szkół chodziłem”.

Wracając do Gary’ego, pytałem go jak mówią ludzie w Stanach. Sam Gary mówi piękną angielszczyzną, selektywną, czystą. Zacytował mi, jak mówi się czasami na południu. Siedziałem z moim bratem Andrzejem, wpadliśmy w osłupienie „Wyłapałeś jakie słowo bracie zapytałem?” „Nic”, „Ja też nic”. Myślę sobie, że z tym językowym „doginaniem” jest związana śpiewność w bluesie. Łamanie języka było dla nich czymś niesamowicie ważnym, bo czarni - jak to opisał Leopold Tyrmand w książce „U brzegów jazzu” - DOGINALI. Doginali język, doginali frazę do własnego widzimisię. Kiedy wyraz wydawał się muzykowi za długi, ucinał go apostrofem, z przodu lub z tyłu. Blues to muzyka, gdzie głębokie poczucie wolność wyznacza aurę bluesa.

by_ingeborg

http://www.bluesroads.pl
http://www.marekwojtowicz.eu
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/aktualnie 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2020-03-31
99 lat temu...
1921.03.31 w Tulsa w Oklahomie ur. się Lowell Fulson, wokalista i gitarzysta elektryczny, jeden z twórców nowoczesnego, miejskiego brzmienia Teksasu i Zach.Wybrzeża.

107 lat temu...
1913.03.31 w Caldwell County w Pn. Karolinie ur. się Etta Baker, country bluesowa śpiewaczka i gitarzystka, kultywująca tradycje piedmonckiego bluesa.

60 lat temu...
1960.03.31 w Nowym Jorku ur. się Popa Chubby (Ted Horowitz), nowojorski gitarzysta elektryczny, eksperymentator rozszerzający tradycyjne granice blusa, jeden z ciekawszych muzyków młodego pokolenia.

74 lat temu...
1946.03.31 w Oakland ur. się. Harmonica Shah (Thaddeus Hall), harmonijkarz z Detroit, wnuk Sama Dawsona, partner Bobo Jenkinsa i Eddiego Kirklanda.
 
  reklama  
 
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2020 ..::bestyjek::..