reklama  
 
  play  
Wtorek, 31 Marca w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI : JOE BONAMASSA - REDEMPTION (2018)



NOWOŚCI : BETH HART - FRONT AND CENTER (Live From New York) (2018)



NOWOŚCI : DAVE MATTHEVS BAND - COME TOMORROW [2018]



NOWOŚCI : Tedeschi Trucks Band - [2019] - Signs



Bluesdelta
  Aktualnie: "Reverend Pearly Brown - You`re Gonna Need That Pure Religion - What A Morning"
jazz
  Aktualnie: "Kwadrat - Polowanie na leniczego - Kady patrzy swego nieba"
standard
  Aktualnie: "Bonnie Raitt - Greatest Songs - Nobody`s Girl"
soul
  Aktualnie: "Aretha Franklin - Queen of Soul - Vol. 1 - Good Times"
bluesrock
  Aktualnie: "Free - Fire And Water - Oh I Wept"
polskiblues
  Aktualnie: "Wojciech Waglewski - Hey Jimi - Polskie gitary graja Hendrixa - The Wind Cries Mary"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  reklama  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [4750013]  Wizyt łącznie
 [1480]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [278]  Zarejestrowanych użytkowników
 [0]  Zalogowanych

 [907]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [21]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  reportaże i wywiady  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
''JAZZMAN, KTÓRY NIE GRA BLUESA, JEST KALEKĄ...''
Autor: administrator, 2011-06-23 15:23:09
''JAZZMAN, KTÓRY NIE GRA BLUESA, JEST KALEKĄ...''

Wywiad z Piotrem Kaczmarczykiem i Witkiem Palusińskim z zespołu Restauracja.

Z Piotrem Kaczmarczykiem i Witkiem Palusińskim z krakowskiej Restauracji spotkaliśmy się rankiem, tuż po koncercie laureatów II edycji festiwalu BLUESROADS. W ubiegłym roku zespół zdobył na Bluesroads Nagrodę Publiczności, wyróżnienie odebrał też Piotr Kaczmarczyk, grający w składzie na saksofonie. Piotr, którego gra zwróciła naszą uwagę na koncercie, wyszedł spod skrzydeł Piotra Barona, jednego z czołowych muzyków polskiej sceny. Ciekawi nas sposób w jaki przekazywał swoją wiedzę uczniom.

I: Piotrze, studiowałeś we Wrocławskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w klasie Piotra Barona. Jak wspominasz lekcje pod jego okiem?

P:Piotr Baron to mój wielki idol, człowiek, który w bardzo krótkim czasie potrafi odmienić sposób myślenia uczniów. Przekazuje im nie tylko wiedzę o muzyce, ale również swoją unikatową filozofię życia. Znamy się od bardzo dawna. Dziesięć, dwanaście lat temu Piotr bardzo mi pomógł, jestem mu za to ogromnie wdzięczny. Dziś spotykamy się głównie na gruncie towarzyskim, bo mój brat gra w jego składzie.

Piotr jest z Wrocławia, ja z Krakowa. Pamiętam, że raz w tygodniu jeździłem do niego pociągiem. Cztery godziny jazdy, godzina lekcji i znów cztery godziny drogi. Mieszkałem wtedy pod Krakowem. Na dworzec jechałem na rowerze, z instrumentem na plecach. Zdarzało się, że lekcja wypadała o ósmej rano. Wstawałem wtedy o drugiej w nocy, o trzeciej byłem już na dworcu. Ale warto było. W tamtych czasach, dziesięć, dwanaście lat temu, Piotr Baron był największym autorytetem na polskiej scenie. Poza nim nie było się właściwie u kogo uczyć. Dziś młodzi ludzie mają większe możliwości. Moi koledzy pokończyli studia, nieźle grają, sami zaczęli uczyć.

Do dziś zresztą środowisko wrocławskie jest jednym z wiodących w kraju. Ściągają tam ludzie z całej ściany zachodniej, od Opola, do Zielonej Góry, Jeleniej Góry. Sam mam tam wielu przyjaciół, kolegów ze szkoły. Wrocław, podobnie jak Trójmiasto się wpiera, ludzie sobie pomagają.
W Krakowie jest pod tym względem nienajlepiej, podobnie w Warszawie. Tam jedzie się zarabiać. Kiedy spotykam kolegę z Warszawy, pyta mnie zawsze „Ty, stary, to u was w Krakowie nadal się gra za stówkę?”. W jakimś sensie odzwierciedla to stosunek muzyków warszawskich do pozostałych. Jak w każdej dziedzinie sztuki – jest Warszawa i jest prowincja.
U moich znajomych na Podhalu, w każdym domu jest ktoś, kto gra na skrzypkach albo jest stolarzem, do tego dochodzą jeszcze sportowcy. Podobnie jest w Krakowie, gdzie koncentracja artystów na kilometr kwadratowy jest chyba najwyższa w Polsce. Artystów, choć czasem artystą nie jest ten, kto tworzy. To bardziej stan świadomości. Środowisko krakowskie jest jednak dość zamknięte i trzeba wielkiej determinacji, by się do niego przyłączyć, lub przeciwnie - stworzyć własny projekt.

I: W naszym kraju saksofon bluesowy jest nadal niemal nieznany. Studiowałeś muzykę jazzową, co skłoniło cię do zajęcia się bluesem?

P: Saksofon jest instrumentem bardzo bluesowym, problem polega na tym, że polscy saksofoniści jazzowi nie mają czasu grać bluesa, a saksofonistów bluesowych jest jak na lekarstwo. W Chicago są saksofoniści, którzy grają wyłącznie w bluesowych składach, ludzie tak wszechstronni, jak Lou Marini, słynny saksofonista z Blues Brothers, rasowy muzyk, który potrafi grać w różnych stylach. Do nas niewiele z tego dociera. Do Polski nie przyjeżdżają składy bluesowe z saksofonistami, dlatego przyjęło się, że zespół bluesowy to perkusja, gitara i bas. Nieraz spotykaliśmy się z zarzutami: „Jak to jest, gracie bluesa a nie macie w składzie gitary.” A przecież składy jazzowe bazują przede wszystkim na bębnach, kontrabasie, pianinie i saksofonie. Co prawda blues jazzowy jest czasem nie do ogrania przez muzyka bluesowego z powodów czysto technicznych, ale jest to nadal blues, nadal ta sama forma. Jazzman, który nie gra bluesa, jest kaleką.
Podobnie skrzypce. W Polsce niewielu osobom kojarzą się z bluesem. Tu sytuacja jest jednak o wiele lepsza. Na skrzypcach grają Jan Błędowski, Heniek Gembalski, czy Maciej Strzelczyk. Wszyscy oni świetnie grają bluesa.

I: Studiowałeś na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Katowicach. Co sądzisz o nauce na akademii? Często spotykam się wśród muzyków ze zdaniem, że studia muzyczne tępią indywidualność, produkują rzemieślników.

P: Nikt tu nie ma racji. Równie szkodliwe jest całkowite negowanie potrzeby edukacji, co odrzucanie ludzi o wielkim talencie z tego powodu, że nie mają świadectwa ukończenia uczelni. Tak naprawdę każdy sam musi dojść do tego, jak połączyć w sobie elementy edukacji, własnego talentu i wyczucia, nawet kosztem odrzucania uwag nauczycieli. Nie znaczy to rzecz jasna, żebyśmy rezygnowali z nauki. Każdy musi przejść swoją mękę. Dopiero wtedy coś z tego wynika. Każdy z nas sam wyznacza sobie poprzeczkę. Trzeba konkurować ze sobą, przemęczyć siebie, pokonać własne słabości, a jeśli się trafi na ludzi, którzy mają podobny sposób myślenia i podobne podejście, można tylko dziękować za takie szczęście losowi.

I: Rozmawialiśmy o metodach nauczania wykorzystywanych podczas warsztatów...

P: Najlepszą metodę mają moim zdaniem Amerykanie. Co bardziej radykalni nauczyciele biorą ucznia na wycieczkę po mieście. „Słuchaj – mówią - dziś nie będzie lekcji, pójdziemy sobie do knajpki”. Idą ulicą, a nauczyciel mówi nagle „Wyciągaj instrument i graj”. „Jak to, tu?” „Graj!” I w tym momencie zaczyna się gruba jazda. Ludzie, którzy przeszli edukację czysto akademicką tracą grunt pod nogami. Dookoła hałas, ruch, tłumy ludzi, a ty działaj artystycznie tak, żeby skupić na sobie uwagę. Graj cokolwiek. I tu zaczyna się problem. Musisz szybko wymyślić sobie repertuar. Jak u cioci na imieninach – „Zagraj coś” - każdy z nas tego nienawidził. Masz pustkę w głowie, a potem z tej pustki coś się wykluwa, nawet w trakcie gry. Otwierasz się, pojawia się odwaga, siła.
Każdy powinien przejść taką szkołę, niezależnie od instrumentu. Wokalista powinien stanąć i potrafić skupić na sobie uwagę. Nieważne, że ludzie chodzą, że nikt cię nie słucha. Stań, zacznij śpiewać i obserwuj ludzi. Jeśli ktoś przejdzie obojętnie, jeśli ktoś inny się skrzywi, to cenne uwagi. To czego nauczyliśmy się na streecie, później przenosimy na scenę. Tam jest dokładnie tak samo, ludzie czasem siedzą, czasem tańczą, czasem patrzą na ciebie. Jeśli nauczysz się pokonywać własne ograniczenia w sytuacji ekstremalnej, kiedy warunki są kompletnie niekomfortowe, to potem, w sytuacji średnio niewygodnej, kiedy na widowni komuś nagle spadnie kufel, zupełnie nie zrobi to na tobie wrażenia.

I: Przeszedłeś taki trening?

P:Grałem na streecie, pewnie, ale nie tylko. Kiedyś mieliśmy zagrać pięć setów na statku na Wiśle. Pierwszy nasz rejs, muzyka, ludzie wsiadają, a tu się okazuje, że reszta zespołu nie dojechała. Zostałem sam z publicznością. Dwadzieścia minut grałem wtedy w pojedynkę. Nie zapomnę tego do końca życia. Ale ludzie słuchali. Kiedy chłopcy w końcu dojechali, byłem już zupełnie wyluzowany. Nie trzeba się było bać.

Czytałem biografię Stańki. Stańko słynął z solowych koncertów na trąbce. Grał solo godzinę, półtorej, a ludzie go słuchali.: Koledzy go podziwiali „Stary, jak ty to robisz, co ty palisz, co ty pijesz?”. Sam fakt, że potrafił to zrobić daje do myślenia. Trudno opisać przemiany, jakie zachodzą w człowieku w trakcie takiej produkcji. I nie mówię tu o kondycji, choć w przypadku instrumentów dętych i ona jest ważna. To sprawy, które dzieją się w głowie.
W ubiegłym roku sam miałem podobną sytuację. Poproszono mnie, żebym zagrał solo trzyminutowy łącznik między utworami w projekcie parateatralnym. Miałem skończyć na umówiony znak. Trzy minuty minęły, a znaku jak nie było, tak nie ma. Co robić, wymyślam dalej. Pomysły się przeplatają, jedna piosenka przechodzi w drugą, improwizuję. Sprawdziłem później na nagraniu – grałem pełne jedenaście minut. A przygotowany byłem na trzy. W takich sytuacjach trzeba wyjść z siebie, zacząć myśleć w zupełnie inny sposób. I właśnie wtedy najintensywniej się rozwijamy.

Jestem przeciwnikiem planowania wszystkiego do końca, dlatego w zespole nie zawsze gramy według planu. Nikt z nas nie jest samotnym marynarzem. Jeśli występujesz w zespole jesteś częścią całości, jesteś zależny od innych ludzi. Wielu ludzi myśli, że jeśli ich muzyka źle się sprzedaje, to w sekcji coś nawala. To częsta wymówka u wokalistów, u instrumentalistów zresztą też, ale jest w niej ziarno prawdy. Atmosfera na scenie ma na nas ogromny wpływ, większy nawet niż klimat na widowni. Nawet jeśli stajemy przed szklaną ścianą, nasza energia może sprawić, że po kilku piosenkach publiczność nas kupi. Bylebyśmy tylko sami dobrze się ze sobą czuli.

I: Ile lat minęło od kiedy pierwszy raz wyszedłeś na scenę?

P: Sam nie wiem... pierwszy job zagrałem w 1987.

W: Wtedy kiedy ja urodziłem [śmieje się]

P: Zadebiutowałem grą na organach w kościele. Samo tak wyszło, dziadek umarł, miejsce się zwolniło. A poważnie - muzyką zajmuję się już od piętnastu lat. Czas jednak nie zawsze przekłada się na ilość, czy jakość muzyki. Są okresy intensywne, są też okresy beznadziei, bezruchu. Czasem w pół roku można zdziałać więcej, niż w ciągu dziesięciu lat. Nagle się na kogoś się wpadnie, usłyszysz coś, ktoś podrzuci ci informację i już pomysł gotowy.
Sam jestem dziś zaangażowany w wiele projektów. Ale z upływem lat robię coraz ściślejszą selekcję, coraz gorzej się czuję spełniając cudze zachcianki. Źle się czuję jako muzyk do wynajęcia. Jeśli nie czuję danej muzyki, albo projekt mi nie odpowiada, nie wchodzę w niego, choćby dobrze zapowiadał się finansowo.

I: Podczas ubiegłorocznej edycji festiwalu zdobyłeś wyróżnienie za występ w składzie Restauracji. Jest tu z nami Witek Palusiński, jeden z założycieli zespołu. Jak formował się wasz skład?

W: Na pomysł założenia zespołu wpadłem razem z Dawidem Owsianikiem, naszym basistą. Dawid, podobnie jak Natalia, pochodzi z Bieszczadów, z Baligrodu. W jego domu wiele się grało, ojciec zaszczepił w nim miłość do muzyki. Kilka lat temu spotkaliśmy się w Krakowie, zaczęliśmy grać razem w klubach i restauracjach. Również i mój ojciec grał na gitarze, grają też moi dwaj bracia. Oni poszli w kierunku gitary, mnie zafascynowały instrumenty klawiszowe. Ojciec bardzo pomógł mi w życiu, to dzięki niemu pokochał muzykę. Muzyka to moja pasja, chcę, żeby zawsze mi towarzyszyła. Nie wyobrażam sobie, żebym chodził do pracy, wracał do domu, siadał przed komputerem, czy telewizorem i nic nie robił. Takie życie to dla mnie po prostu dramat.
Muszę coś robić i mam nadzieję, że zawsze będzie to muzyka. Jest gdzie, jest z kim, mam nadzieję, że nasz projekt przetrwa i będzie dalej się rozwijał. Dzięki występowi na Bluesroads poznaliśmy mnóstwo ludzi, narodziły się też nowe pomysły.

Nasza wokalistka, Paulina, pochodzi ze Stalowej Woli. Śpiewała tam w chórach i uczyła się w szkole muzycznej, a później przyjechała na studia do Krakowa. Przeczytała ogłoszenie, że młody zespół poszukuje wokalistki, przyjechała na próbę i oczarowała nas wszystkich. Z tego co pamiętam był to jej pierwszy zespół, od razu jednak wciągnęła się w wir śpiewania. Jej umiejętności wciąż rosną, świetnie sprawdza się w pracy zespołowej, a jej temperament, podejście do tematu i charyzma na scenie czynią z niej rasową frontmankę. Nic dziwnego, że została najmilszą studentką Krakowa i AGH.
W ubiegłym roku na Bluesroads Paulinę zastąpiła Natalia Kwiatkowska. Paulina wyjeżdżała na wymianę, a my potrzebowaliśmy na kilka miesięcy kogoś, kto ją zastąpi. Nie chcieliśmy przerywać pracy. Mieliśmy szczęście – nadarzyła nam się Natalia, a nasz wspólny występ uhonorowano Nagrodą Publiczności. W tym roku Natalia pojawi się na scenie już w swoim własnym składzie – Cheap Tobacco. Będą się dziś ubiegać o nagrodę w konkursie zespołów.

Tomek Kus, nasz perkusista, również pojawił się w naszym składzie z ogłoszenia. Nie pamiętam już, gdzie się ogłaszaliśmy, ale musiało to być skuteczne [śmieje się]. Kiedy powiedział nam, że pochodzi z Nowej Huty byliśmy pewni, że na próbę przyjedzie blokers słuchający hip-hopu. A tymczasem pojawił się Tomek, dusza człowiek, mający całą masę zainteresować i uzdolnień. Na pierwszą próbę przyniósł własną tarkę, instrument w Krakowie niezmiernie rzadki. Od razu nas do siebie przekonał. W ten sam sposób patrzy na muzykę, ma to samo podejście i dlatego dobrze nam się razem pracuje. W naszym składzie nie ma tylko gitarzysty. Nie znaleźliśmy jak na razie muzyka, który wpasowałby się w naszą koncepcję gry.

I: Blues jest tylko jednym z gatunków po które sięgacie?

W: Nie obraliśmy jak na razie jednej, konkretnej linii. Rozrzut stylistyczny jest dość duży, każdy z nas ma szerokie zainteresowania muzyczne i różne koncepcje grania. Naszym fanem nie zostanie z pewnością ktoś, kto jest przywiązany do jednego, konkretnego stylu. Jeśli ktoś chce słuchać tylko rocka, będzie nas lubił na 20%, jeśli tylko bluesa to na 30%. Słuchamy wielu rzeczy i na scenie dajemy temu upust. Na przeglądach bluesowych bywamy postrzegani jako zespół okołobluesowy, spotykaliśmy się też z określeniami funkująco-popowy i jazzujący. Póki co chcemy grać to, co nam się urodzi.

I: A plany na przyszłość? Planujecie nagranie płyty?

P: Póki co chcemy rozwijać to, co robimy. Działamy dwutorowo. Gramy aranże znanych utworów, ale mamy też sporo własnych kompozycji, inspirowanych muzyką, której słuchamy.
Każda z naszych prób to burza mózgów. Czasem wystarczy jedno spotkanie, by powstała nowa piosenka, kiedy indziej męczymy się nad nią pół roku. Covery to zwykle ukłon w stronę publiczności, staramy się jednak nadać im własny rys. Aranż „Czas pomyka” VooVoo, który graliśmy ubiegłego wieczoru, zdobył uznanie samego Wojtka Waglewskiego. „Ale żeście połamali! – powiedział nam z zadowoleniem - nigdy się nie spodziewałem, że trafię do tak dobrej Restauracji [śmieje się]. Nasz aranż zdobył wówczas nagrodę w konkursie Radia Opole. Na wczorajszym koncercie planowaliśmy zagrać nasze dwie najnowsze kompozycje: spokojny, soulowy utwór „Dobrze mi” i szybszy, drum&base’owy „Mogę latać”, niestety obcięło nam czas. Mamy jednak zamiar wykorzystać nagrodę z poprzedniego roku i nagrać nasze nowości na płytę. A na razie zapraszamy do oglądania naszych koncertów na YouTubie.

I: Trzymamy więc kciuki za płytę i życzymy wam, w swoim i naszych słuchaczy imieniu, pomyślnego roku!

by_ingeborg

http://www.restauracja.art.pl
 [1] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/aktualnie 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2020-03-31
99 lat temu...
1921.03.31 w Tulsa w Oklahomie ur. się Lowell Fulson, wokalista i gitarzysta elektryczny, jeden z twórców nowoczesnego, miejskiego brzmienia Teksasu i Zach.Wybrzeża.

107 lat temu...
1913.03.31 w Caldwell County w Pn. Karolinie ur. się Etta Baker, country bluesowa śpiewaczka i gitarzystka, kultywująca tradycje piedmonckiego bluesa.

60 lat temu...
1960.03.31 w Nowym Jorku ur. się Popa Chubby (Ted Horowitz), nowojorski gitarzysta elektryczny, eksperymentator rozszerzający tradycyjne granice blusa, jeden z ciekawszych muzyków młodego pokolenia.

74 lat temu...
1946.03.31 w Oakland ur. się. Harmonica Shah (Thaddeus Hall), harmonijkarz z Detroit, wnuk Sama Dawsona, partner Bobo Jenkinsa i Eddiego Kirklanda.
 
  reklama  
 
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2020 ..::bestyjek::..