reklama  
 
  play  
Poniedziałek, 11 Grudnia w Radio Derf
 Playlista   Pomoc   Parametry Play
Bluesdelta
Play
jazz
Play
standard
Play
soul
Play
bluesrock
Play
polskiblues
-=-=-=-=-=-                    FROM MEMPHIS TO NORFOLK – ZBIÓR ARTYKUŁÓW PRZEDSTAWIAJĄCYCH SYLWETKI WCZESNYCH BLUESMANÓW Z DELTY MISSISIPI, ZAPRASZAMY DO LEKTURY !!!                    -=-=-=-=-=-                    
  
NOWOŚCI, Serwer bluesrock: Doyle Bramhall II - [2016] - Rich Man



RADIO DERF POLECA: Premiera płyty ``Koldfusion`` (Monomotiv + Aleksandra Siemieniuk)



RADIO DERF POLECA: Hard Times - [2016] - Siedem



NOWOŚCI, Serwer bluesrock: Tedeschi Trucks Band - [2016] - Let Me Get By



Bluesdelta
  Aktualnie: "Big Bill Broonzy - Historic Concert Recordings - This Train"
jazz
  Aktualnie: "Pat Metheny Trio - Day Trip - Snova"
standard
  Aktualnie: "R.L. Burnside - The Original Boogie: LIVE - You Better Stay Away"
soul
  Aktualnie: "O.V. Wright - The Soul Of O.V. Wright - I`d Rather Be Blind, Crippled, And Crazy"
bluesrock
  Aktualnie: "Chris Robinson - This Magnificent Distance - Surgical Glove"
polskiblues
  Aktualnie: "Kaminski, Kielak, Leczycki, Wisniewski - Harpcore - Higher&Higher"
 
  menu  
aktualności
artykuły
download
festiwale
forum
From Memphis to Norfolk
galeria
koncerty
kontakt
linki nadesłane
o Radio Derf
reklama w Radio Derf
reportaże i wywiady
transmisje live
 
  reklama  
 
  partnerzy  
 
  odwiedzający  
 Wizyty:
start: 2007-07-03
 [2367333]  Wizyt łącznie
 [1236]  Wizyt dzisiaj
 
  reklama  
 
  reklama  
 
  statystyki  
 [272]  Zarejestrowanych użytkowników
 [1]  Zalogowanych

 [899]  Aktualności

 [7]  Koncertów
 [0]  Nieopublikowanych
 [7]  Archiwalnych

 [93]  Galerii

 [22]  Linków

 [0]  Postów RD

 [55]  Reportaży/Relacji

 [3]  Forum

 [120]  Tematów forum

 [2449]  Postów forum
 
  reportaże i wywiady  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/dokumenty 1-1) >>
''JESTEM W DUSZY BARDZO WESOŁYM CZŁOWIEKIEM...''
Autor: administrator, 2011-07-08 16:51:16
“JESTEM W DUSZY BARDZO WESOŁYM CZŁOWIEKIEM..”

Wywiad z Matejem Ptaszkiem

Czesko-słowacki duet Bena & Ptaszek szturmem podbija sceny Europy. Zaczynali pięć lat temu od koncertów na ulicach Pragi, dziś goszczą na czołowych europejskich festiwalach folkowych i country-bluesowych.
Tuż po koncercie na przeworskim festiwalu spotkaliśmy się z Matejem Ptaszkiem w zajeździe „Pastewnik”. Pojawił się w wysłużonych farmerkach, uśmiechnięty od ucha do ucha. Trudno o bardziej otwartego i przyjaznego człowieka. Dzielimy wiele pasji, w tym miłość do country bluesa lat 30-tych i 40-tych.

RD: W ubiegłym roku wielokrotnie puszczaliśmy w Radiu DERF waszą ostatnią płytę live “Bena & Ptaszek v kriminale”. Nagraliście ją w Mirovie, jednym z najcięższych więzień Czech. To duże wyzwanie. Jak narodził się ten pomysł?

MP: Jestem i zawsze byłem kolekcjonerem zdarzeń. Byłem fotografem, spadochroniarzem, występowałem w cygańskim getcie, grałem dla przestępców, którzy wyszli na wolność, nie byłem jeszcze tylko w więzieniu. Zapragnąłem zagrać w prawdziwym kryminale. Podzieliłem się tym pomysłem z Luboszem Beną, z którym gram już pięć lat. Lubosz zgodził się ze mną, że to niesamowity pomysł. Nasz manager skontaktował się z władzami więzienia w Mirowie. Nie macie pojęcia, ile to wymagało zachodu. Potrzebne były przepustki, zgoda Ministerstwa Sprawiedliwości, zezwolenie na wniesienie sprzętu elektronicznego, dziesiątki różnych papierów...
Nie było łatwo, ale sprzyjało nam szczęście. Trzy lata temu, kiedy nagrywaliśmy płytę, przypadało 150-lecie więzienia. Z tej okazji władze zorganizowały „drzwi otwarte” [śmieje się]. Do Mirova przybywały wycieczki, opowiadano o sławnych ucieczkach, zrobiono wystawę broni, którą zatrzymali strażnicy.

Do Mirova przyjechaliśmy w ramach festiwalu Blues Alive, który co roku organizuje koncerty charytatywne dla osadzonych. Mirov to ciężkie więzienie. Siedzą tam tylko mordercy, najniższa kara wynosi dwanaście lat, przeciętnie więźniowie odsiadują dwadzieścia, dwadzieścia pięć.
Na naszym koncercie było sześćdziesięciu więźniów. Po raz pierwszy w dziejach więzienia na koncert wpuszczono też psychopatów. Przyszło ich ośmiu i wierzcie mi – od razu można było poznać, którzy to! [śmieje się] Były tam dwumetrowe chłopy, był szef gangu, który rozpuszczał swoje ofiary w kwasie - sami twardzi, okropni faceci. Co ciekawe na koncercie nie było strażników, tylko sami więźniowie. Bardzo motywująca atmosfera.

Graliśmy w Mirovie dwa razy. Za pierwszym razem nagrywaliśmy płytę, drugi koncert zorganizowaliśmy dla uczczenia jej wydania. Więźniowie dostali na pamiątkę po płycie, kupili też od nas dwadzieścia krążków. Dostaną je dopiero, kiedy wyjdą na wolność, inaczej byłoby zbyt niebezpiecznie. Kiedy przełamiesz płytę, robi się z niej nóż. Nasze płyty będą więc na nich czekały w sejfie. Nieraz całe dwadzieścia lat. Niesamowite, prawda?

RD: Słuchaliśmy tej płyty wielokrotnie...

MP: O, dziękuję bardzo! [śmieje się]

RD: Zaskakuje nas reakcja więźniów. Na początku odbiór jest dość zdystansowany, ale od pewnego momentu reagują wspaniale...

MP: Było to tak. Na sali ustawiono kilka rzędów krzeseł. W pierwszym siedzieli bossowie, w drugim ich kochankowie, w trzecim bodyguardzi, a dalej cała reszta [śmieje się]. Na samym przedzie siedzieli kanibale, killerzy, szefowie mafii - minimalna kara dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat. Najważniejszym spośród nich był Cygan, kanibal, dwa metry piętnaście centymetrów wzrostu, potężna muskulatura. To on decydował, kiedy będzie aplauz, a kiedy nie. Wszyscy czekali na jego znak. Kiedy jeden z więźniów wyłamał się i zaklaskał, boss odwrócił się i przeciągnął ręką po gardle. „Przepraszam, panie, przepraszam! Już nie będę!” spanikował więzień.

Po pierwszej piosence Lubosz trącił mnie w bok: „Zróbmy coś dla nich. Damy piosenkę, w której grasz nosem, bo tam jest dużo Cyganów, a oni kochają muzykę i show. Musimy rozbawić ludzi, bo jeśli nie zaczną reagować, płyta będzie martwa.” Zagraliśmy więc piosenkę, którą normalnie gramy pod koniec występu. Spodobało się. Kanibal wstał i ryknął: „K....a, chłopaki są w porządku, wszyscy mogą klaskać!” I posypały się brawa.

W Mirovie nie siedzą tylko ludzie prości, są i wysoko edukowani, którzy popełnili zbrodnię w afekcie. Na sali było wielu absolwentów uniwersytetów. Był tam i jeden Cygan, który podszedł do nas i mówi: „Ja wiem, co to jest. To Mississippi Delta blues.” A to był chłop bez szkoły, który odsiadywał dwadzieścia pięć lat za trzy morderstwa.

Więzienie w Mirovie jest znane w całym kraju. Po wojnie, od lat 1947-48 aż do lat 80-tych oprócz kryminalistów więziono tam działaczy opozycji. Siedział tam m.in. znany czeski działacz polityczny, poeta i manager zespołu Plastic People of the Universe, Ivan Martin Jirous, siedział znany satyryk Vladimir Szkutin, więziono też bohaterów wojennych, żołnierzy podziemia i lotników, którzy podczas Bitwy o Anglię walczyli u boku Polaków w Dywizjonie 301.

RD: Niesamowita historia. Płyta „W Kriminale” była waszym drugim albumem, prawda?

MP: Tak, dwa lata wcześniej nagraliśmy naszą debiutancką, studyjną płytę „Sound of the Street”. Założyliśmy sobie, że będziemy wydawać płyty co dwa lata. Mamy dziś na koncie trzy krążki. W 2007 ukazała się „Sound of The Street”, w 2009 „Bena i Ptaszek w Kriminale”, a w marcu tego roku ukazała się nasza kolejna płyta studyjna „Music of the Mississippi River”. Nagraliśmy ją w Niemczech, u Ralfa Christiana Mayera. Ralf Mayer to sławny w Europie mistrz dźwięku, współtwórca wielu Platynowych Płyt. Pracuje jedynie na zabytkowym sprzęcie, używa mikrofonów z lat 40-tych. Producentem płyty jest Alf List, szef Stormy Monday Records z niemieckiego Ludwigsburga. Spotkaliśmy się rok temu na festiwalu „Mississippi Night” w Berlinie. Po koncercie zaprosił nas do swego rodzinnego miasta, gdzie wystąpiliśmy na festiwalu Boogie Woogie Nights, a później zaproponował nam nagranie płyty. Tak właśnie powstała nasza najnowsza płyta „Music of The Mississippi River”.

RD. Ostatni okres był dla Was wyjątkowo pomyślny...

MP: To prawda. W maju występowaliśmy na Blues Rules. znakomitym festiwalu w szwajcarskim Crissier, niedaleko Lozanny. To festiwal poświęcony tylko i wyłącznie muzyce Hill Country, jedyna tego typu impreza Europie. Mieliśmy tam okazję zagrać m.in. z Kenny Brownem i Wesem Mackeyem. Przyjęto nas gorąco, mamy już zaproszenie na przyszłą edycję.
Graliśmy w Czechach na Banjo Jamboree – bardzo znanym u nas festiwalu, a już 5 lipca wystąpimy na jednym z najpopularniejszych czeskich festiwali folkowych – festiwalu Zahrada [Ogród] w Namesti Na Hane, niedaleko Ołomuńca na Morawach. Na festiwal ściąga przeszło dziesięć tysięcy osób. Impreza trwa cztery dni, jej dyrektorem jest Michal Jupp Konečny, ceniony organizator i znawca muzyki folk. Michal Konečny cieszy się u nas wielkim szacunkiem, w dobie komunizmu organizował niezawisłe festiwale folkowe, działał w podziemiu i miał z tego powodu wiele kłopotów z władzami. Dobrym duchem Zahrady jest też znany i u was Jarek Nohavica. Na festiwalu występuje ponad sto pięćdziesiąt grup muzycznych, gra się bluesa i country, ale dominuje muzyka folkowa.

Razem z Luboszem mamy tego lata w planach wiele koncertów. Gramy sporo w Europie, równie często występujemy w Czechach. Czujemy się naprawdę spełnieni. Bardzo dobrze gra nam się w Polsce, w Niemczech, na Węgrzech, w Belgii, Francji i Serbii. W samochodzie spędzamy pół życia, robimy 80.000 kilometrów rocznie. A ja nie mam nawet prawa jazdy [śmieje się].

RD: Nie ograniczacie się do muzyki...

MP: To prawda, przychodzą nam do głowy wciąż nowe pomysły. Lubosz będzie w sierpniu organizował festiwal w swoim rodzinnym mieście – Skalicy, Hudba V Meste – Muzyka w Mieście. Będzie tam niesamowity francuski zespół rock’n’rollowy Hot Chickens, będzie hill-countrowy niemiecko-amerykański zespół Crazy Hambones, wielokrotnie nagradzany w Niemczech, przyjedzie znany czeski bluesman i rockman, Vladimir Misik, idol lat 60- i 70-tych, będzie też Dani Robinson, czarnoskóry muzyk, świetny imitator Jimiego Hendrixa.

Mam też swój własny projekt. Zaproponowano mi napisanie podręcznika gry na harmonijce ustnej. Napisałem stustronicową książkę, pierwszy w naszym kraju podręcznik gry na harmonijce bluesowej. Podpisałem też dziesięcioletni kontrakt na serię książek o harmonijce czeskiej i słowackiej.

RD: Wystąpiliście też w filmie. Jak trafiliście na ekrany?

MP: Kiedy promowaliśmy naszą przedostatnią płytę „V Kriminale”, poznaliśmy wielu znanych dziennikarzy i intelektualistów, w tym cenionego scenarzystę Petra Jarochovskiego, twórcę czarnych komedii „Niedźwiadek”, „Piękność w opałach” i „Musimy sobie pomagać”. Petr Jarochovsky zakochał się w naszej muzyce i zapowiedział, że nim minie rok zaprosi nas do swojego nowego projektu. Słowa dotrzymał. Rok później napisał, że zaprasza nas do nowego filmu Ondreja Trojana „Obcansky prukaz” [„Dowód osobisty”, czarna komedia opowiadająca o perypetiach młodych Czechow w czasie komunizmu].
Obaj byliśmy dobrze obeznani z klimatem tamtej epoki. Lubos sam to przeżył, a moi rodzice współpracowali z Kartą 77 [słynny dokument wzywający władze do przestrzegania praw człowieka, podpisany przez czeskich intelektualistów, z Vaclavem Havlem na czele. Jego sygnatariusze byli represjonowani i więzieni przez władze]. Pamiętam z dzieciństwa konspiracyjne spotkania, koncerty, intelektualne dyskusje. Mój ojciec jest rzeźbiarzem. Rzeźbi drogi krzyżowe dla kościołów, bardzo szanują go w Czechach. Ale kocha też muzykę. Za czasów komunizmu napisał piosenkę na motywach „Good Morning Blues” Leadbelly’ego. Jego „Dobre rano, blues” bardzo spodobał się reżyserowi Ondrejowi Trojanowi. Kiedy kręcił „Obcansky prukaz”, poprosił nas o napisanie muzyki do filmu. Pojawiamy się też na ekranie. Gramy dwóch ubogich muzykantów, grających w czeskiej knajpce. Występujemy w bardzo poważnej, wręcz dramatycznej scenie. Ku naszemu niepomiernemu zdumieniu nasza muzyka tak się spodobała reżyserowi, że uczynił z niej główny temat filmu. Nasza kompozycja pojawia się we wszystkich zwiastunach telewizyjnych i radiowych reklamujących produkcję. To dla nas świetna reklama. Dzięki niej na nasze koncerty zaczęło przychodzić o 30, 40% więcej słuchaczy.

RD: Opowiedz nam o sobie. Wspominałeś, że pochodzisz z rodziny czeskich intelektualistów?

Tak, ojciec jest artystą, fascynował go judaizm i życie duchowe. Rzeźbi drogi krzyżowe dla kościołów, robi to już od dwudziestu pięciu lat. Wykonał trzydzieści trzy duże projekty i tysiące mniejszych rzeźb. Pracę mojego ojca miał papież Jan Paweł II, kolejną dostał w prezencie Benedykt XVI. Rodzice zawsze słuchali bluesa. Pokochałem go już w dzieciństwie, ale na harmonijce ustnej gram od stosunkowo niedawna. Dostałem ją pod choinkę, siedem lat temu. Spróbowałem i zakochałem się. Fascynuje mnie wyłącznie gra akustyczna – muzyka Sona Terry’ego, Sonny Boya Williamsona I i II. Trzy lata temu pokochałem całym sercem Peg Leg Sama.

RD: Sięgacie na scenie po wiele nietypowych instrumentów.

MP: Lubosz gra na gitarze, którą sam zbudował. Korpus zrobił z kanistra po benzynie z Wermachtu [śmieje się], a gryf z kija od miotły, tak jak robili to Murzyni. Ja gram na harmonijce Hohnera, ale korzystam też z gramofonowej tuby. Mój przyjaciel prowadzi antykwariat. Na urodziny dał mi w prezencie tubę od zabytkowego gramofonu. Ma przeszło dziewięćdziesiąt lat, to klasyczny Boosey and Hawkes. Ludzie mówili mi kiedyś, że mój głos zawdzięczam tylko tej tubie. A ja mam taki głos! „Dobrze – pomyślałem – w takim razie będę grać na niej tylko dwie piosenki, resztę zaśpiewam sam”.

Trzy lata temu występowaliśmy na ważnym jazzowym festiwalu. Znany krytyk muzyczny, Ales Benda, zapytał mnie: „Wie pan, jakim głosem pan śpiewa? Czy to jest alt, tenor, czy baryton? Wie pan, czy nie?” „Nie wiem”. „A zna pan nuty?” „Nie, wszystko zapomniałem”. „A ile miesięcy pracował pan nad głosem, jakim pan śpiewa?”, „Cztery tygodnie”. A on mi na to: „No żesz k...a. Posłuchaj pan, śpiewasz pan czystym barokowym kontratenorem operowym”. „Nie wiedziałem”. „To teraz pan k…a wiesz!” [śmieje się]. Jak to się stało, nie wiem, ale w cztery tygodnie wyrobiłem sobie barokowy kontratenor operowy, którym śpiewa tylko dziesięciu facetów w Europie [śmieje się].

RD: Nie chodziłeś nigdy do szkoły muzycznej?

MP: Chodziłem. Na klarnet. Uczyłem się grać osiem lat, a później dwa lata grałem w orkiestrze górniczej.

RD: Górniczej? Nasze radio działa na Śląsku.

MP: Ja też jestem Ślązakiem! Imię Matej pochodzi od polskiego Macieja. Obaj moi dziadkowie byli Polakami. Ojciec mojej mamy był górnikiem. Trzydzieści pięć lat przepracował w kopalni we Francji, podczas wojny działał we francuskim podziemiu, strzelał do Niemców. Sprawiedliwy człowiek, twardy i prawy. Polakiem był też dziadek mojego ojca. Mój ojciec bardzo go kochał. Dziadek robił trumny. Kochał tą robotę. Ojciec nieraz mu przy tym pomagał, biegał na posyłki, golił zmarłych, jako dziecko spał nawet z trumnie, dlatego teraz nie boi się śmierci [śmieje się]. Ja sam byłem przez pięć lat ministrantem – jesteśmy katolikami – stawiałem nagrobki na cmentarzu, oglądałem ofiary wypadków górniczych, starych i młodych, bez różnicy. Pierwsze zwłoki zobaczyłem, kiedy miałem dziesięć lat. To była dobra szkoła życia.

RD: Wspominałeś, że byłeś też spadochroniarzem?

MP: Tak właśnie. Moi koledzy załatwiali sobie „błękitne karty” - żółte papiery, jak wy mówicie, ale ja nie miałem tylu pieniędzy. W cywilu zajmowałem się fotografią, więc kiedy dostałem powołanie, wzięli mnie do zwiadu, do oddziału spadochroniarzy. Same dwumetrowe chłopy, czerwone berety, a ja jestem niewysokiego wzrostu. Podchodzę do nich na lotnisku, a oni patrzą na mnie z góry: „A ty kto? Kierowca?”, „Nie”, „Medyk?”, „Nie”, „No to kto?”, „Spadochroniarz” [śmieje się]. Byłem w wojsku rok, ale wierzcie mi, dla mnie ciągnęło się to jak dwa lata.

RD: A jak poznałeś Lubosza?

MP: Spotkaliśmy się na moście Karola. Gram tam już osiem lat. Usłyszał mnie dobry przyjaciel Lubosza. „Przyjeżdżaj – powiedział mu – jest tam jeden taki wariat jak ty”[śmieje się]. Wystarczyło, że spojrzeliśmy na siebie, a już przypadliśmy dobie do gustu. I tak gramy już pięć lat.

RD: Czuć, że uzupełniacie się muzycznie i intelektualnie.

MP: Tak, to dla nas prawdziwe szczęście. Pierwszy rok poznawaliśmy się nawzajem, uczyliśmy się razem grać. Bardzo wiele nas łączy. Graliśmy w portowych dzielnicach Marsylii, w cygańskich gettach, graliśmy dla Arabów, dla Afrykanów, dla gangów motocyklowych. Dużo tego przeżyliśmy i bardzo dobrze się stało. Obaj cenimy prawdziwość w muzyce. Ważne by nie tylko grać bluesa, ale i żyć bluesem.

RD: Nie wszyscy o tym pamiętają.

MP: Tak to jest. Dwa miesiące temu słuchałem płyty znanego, czarnego wykonawcy. Kiedy facet, który ma cztery cadillaki zacznie grać: „I’m a poor boy from a country world” – to ja mu nie wierzę.

RD: R.L. Burnside też miał cadillaca [śmiejemy się]

MP: Tak, nawet trzy, ale on je sobie wypracował. Dorobił się ich na stare lata. Miał problemy z Ku-Klux-Klanem, z cwaniakami z managmentu, całe lata się z nimi borykał. Zasłużył sobie na nie, niech Bóg mu szczęści. Ale trzydziestopięciolatek z Beverly Hills grający „Poor Boy”? Takiemu nie wierzę. Jestem wieśniakiem i bardzo lubię wieś. Dziesięć lat mieszkałem w Pradze, grałem na ulicach w Czechach, Austrii i Niemczech. To jest blues.

Cieszę, kiedy zarabiam pieniądze, pozwala mi to pozostać przy muzyce, ale gdybym grał tylko dla pieniędzy, a blues traktował jako przykrywkę, byłoby niedobrze. Taki fałsz wyczuwa się w grze. Staramy się grać tak, by nie była to tylko praca. Chwała Bogu za festiwale, za powodzenie i pieniądze, ale lepiej żebyśmy żyli z dnia na dzień, niż odrabiali pańszczyznę. Brzydzę się pazernością. Dla mnie harmonijka ustna nie jest instrumentem. To filozofia życia. Spójrzcie, taka mała rzecz, wyciągam ją z kieszeni, zaczynam w nią dąć. To nie muzyka, to modlitwa. Blues to moja duchowa spowiedź.

RD: Czuć, że jesteś szczery w tym, co robisz...

MP: Ja tam nie wiem, moja dziewczyna twierdzi inaczej... [śmieje się]

RD: Czy to prawda, że masz narzeczoną Polkę?

MP: Tak, pochodzi z Dębicy. To intelektualistka, jak moi bliscy, kocha poezję i sztukę. Już wkrótce bierzemy ślub.

RD: Pamiętasz na pewno pierwsze, ‘bawełniane’ płyty Muddy Watersa

MP: O tak, to najczystszy rough country blues.

RD: W momencie, kiedy Muddy wyjechał do Chicago i dostał się pod skrzydła wielkich wytwórni, jego muzyka przeszła przemianę, miłośnicy country bluesa powiedzieliby, że się zdefraudowała. Wy sięgacie do samych źródeł...

MP: Kiedy w Pradze wchodzę do sklepu muzycznego i proszę sprzedawcę, starszego mężczyznę, o płyty bluesowe, mówi mi „Mam tu dla pana Deep Purple”. [śmieje się] A ja mu na to: „Nie, nie, nie. Kocham Deep Purple, ale szukam prawdziwego bluesa”. „Jesteś za młody, nie wiesz, co to jest.”, „Dobrze, w porządku, szanuję pana zdanie, ale ma pan Freda McDowella, ma pan R.L. Burnside’a, Cedrica Burnside’a, Doktora Davida Evansa, Jessie Mae Hemphill? Ma pan?” „Nie mam”, „No to dziękuję, do widzenia”. Rzecz jasna jest w Pradze sklep, w którym można kupić płyty wytwórni Music Maker z samego Południa, ale dominują płyty z popularnymi muzykami angielskimi i amerykańskimi, którzy grali na Woodstock. Bliżej im do rocka, niż do bluesa. Na półkach jest tak wiele różnych odmian bluesa, że łatwo stracić orientację. W tym natłoku gubi się esencja bluesa.

Ja sam słucham nagrań z lat 30-tych i 40-tych. Kto lepiej opowie o Powstaniu Warszawskim - twój syn, czy twój dziad? Tak samo jest i z muzyką. Kto lepiej opowie o bluesie- Blind Boy Fuller, czy Joe Bonamassa?

RD: Szukaliście inspiracji i za oceanem...

MP: Ja wędrowałem dotąd tylko po Europie, ale chciałbym kiedyś wybrać się na Południe. Bycie w Stanach nie jest jednak dla mnie tak ważne, jak słuchanie muzyki z epoki, poznanie jej logiki i filozofii duchowej. Za to Lubosz przewędrował Mississippi i grał na dwóch festiwalach, w tym na bardzo cenionym King Biscuit Festival. Spotkał tam doktora Davida Evansa. Polubili się, zaprosił go do Czech i zorganizował mu trasę koncertową. Doktor Evans gościł w moim domu. Dobrze na tym wyszedłem [śmieje się]. Postawiłem na stół dwie flaszki domowej śliwowicy, a on dał mi w zamian prywatny wykład o bluesowej harmonijce. Wszystko, co chciałem wiedzieć o Delcie, bite trzy godziny rozmowy. Wspaniały człowiek, bardzo skromny.

Lubosz kochał zawsze muzykę country. To dzięki niej odkrył bluesa. Na gitarze rezofonicznej gra już dziewięć, dziesięć lat. Pochodzi z okolic Trnavy, ojczystego miasta Jana Dopiery, twórcy gitary dobro. Lubosz jest znakomitym historykiem. O gitarze rezofonicznej wie wszystko. Zakochał się w muzyce Mississippi Freda McDowella, Sona House’a i Burnside’a. A ja zakochałem się w jego muzyce. Ogromnie podoba mi się to, że on nie gra, ale żyje bluesem. To niesamowity facet i wspaniały przyjaciel.

RD: Pomyślny rok, nie można sobie życzyć lepszego.

MP: Tak, to dla nas naprawdę dobry rok. Koncerty w Europie, festiwale, film „Obcansky prukaz”, nowa płyta, festiwal Lubosza Beny i moja książka o harmonijce ustnej. Gramy z Luboszem naprawdę wiele. Nie szukamy innych projektów, trzymamy się razem. Mamy wspólną linię i staramy się jej trzymać ku obopólnej satysfakcji. Mamy jeszcze tyle pomysłów!

RD: Już jesteśmy ich ciekawi. Życzymy wam szczęścia i dziękujemy za wywiad.

MP: To ja dziękuję. Zapraszam do słuchania naszej najnowszej płyty: „Music of the Mississippi River”.

by_ingeborg
foto: http://www.erbak.com
 [0] komentarzy    skomentuj  
<< (1 dokumentów/strona 1 z 1/aktualnie 1-1) >>
 
  kalendarium  
Dziś jest: 2017-12-11
91 lat temu...
1926.12.11 W Montgomery w Alabamie ur. się Big Mama Thornton, jedna z najwybitniejszych śpiewaczek bluesa i R&B. Zmarła 25.07.1984 r.

53 lat temu...
1964.12.11 W Hollywood w motelu zginął od trzech kul Sam Cooke, gwiazda soulu . Przeżył 33 lata.
  
  szukaj  


[również w treści]
 
 
  logowanie  

Nie jesteś zalogowany/-a

login: 

hasło: 




Nie pamiętam hasła

Zarejestruj się

 
  reklama  
 
  najnowsze  
Powered by PHP, Copyright (c) 2007-2017 ..::bestyjek::..